Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowania do podróży dookoła świata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowania do podróży dookoła świata. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 maja 2010

Podziękowania

Tego rozdziału zabraknąć nie może… bo choć niektórzy, myślą, że do wszystkiego doszli sami, to prawda jest taka, że to, dokąd doszliśmy, w dużej mierze zależy też od tego, kogo po drodze poznaliśmy, co przeżyliśmy, czego doświadczyliśmy… dopiero suma tego, decyduje o tym, kim jesteśmy. Owszem… naszą decyzją jest to, dokąd zmierzamy, ale często bez doświadczeń z przeszłości, bez tego, jakich ludzi w życiu spotkaliśmy, ciężko byłoby nam w ogóle jakikolwiek rozsądny cel sobie wytyczyć. Dlatego mam dużą świadomość, że moje największe marzenie nie spełniłoby się bez wielu, wielu wydarzeń i osób. Nie sposób wymienić wszystkich, dlatego serdecznie dziękuję tym szczególnie dla mnie ważnym:

 
  • Justynce - za ogromną cierpliwość, wsparcie i wyrozumiałość
  • Babci Wiktorii Łowczyńskiej - za jedno zdanie, które całkowicie zmieniło mój sposób postrzegania świata
  • Paulo Coelho - za "Alchemika", który wskazał mi drogę
  • Violi - za wiarę we mnie, za to, że nauczyła mnie, jak być szczęśliwym, jak cieszyć się z małych rzeczy i za wiele innych cennych lekcji
  • Juliuszowi Verne - za "Tajemniczą wyspę", która obudziła we mnie marzenia, gdy miałem 7 lat i do tej pory pozwoliła mi zachować w sobie coś z dziecka.
  • Dorocie i Mirkowi Kalińskim - za 6 lat wspólnej pracy w świetnej atmosferze, za możliwość rozwoju zawodowego, za wsparcie i za kurs nurkowania - jedno z moich marzeń!
  • Rob Reiner i Justin Zackham - za film "Bucket list" ("Choć goni nas czas"), dzięki któremu zrozumiałem, że nie ma sensu czekać ze spełnianiem marzeń… bo można nie zdążyć…

 
Bez tego wszystkiego… po prostu nigdy bym się z domu nie ruszył! Gdyby choć jedno z tych wydarzeń nie miało miejsca, gdybym choć jednej z tych osób nie poznał… Animal Planet nadal oglądałbym tylko w telewizorze.

 
Jestem z siebie bardzo dumny. Choć jeszcze nie ruszyłem, baa… nawet tak naprawdę nie wiem czy cokolwiek z tego wyjdzie, to jestem dumny, że zostało we mnie coś z dziecka, dzięki czemu nie boję się marzyć… i że mam odwagę te marzenia realizować… gdyby nie wyżej wymienione osoby i wiele innych, których nie jestem wstanie wymienić… pewnie byłbym zwykłym… kimś tam… a to przecież ważne, by móc spojrzeć w lustro i po prostu być z siebie zadowolonym… być szczęśliwym… być spełnionym… dlatego jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli… bez Was nie byłbym tu, gdzie jestem i tym, kim jestem... DZIĘKUJĘ.

niedziela, 9 maja 2010

Recepta na spełnianie marzeń

Pragnienie

+

Wizualizacja w umyśle

+

Plan

+

Konsekwencja

+

Determinacja

+

Cierpliwość

+

Wiara w siebie i swoje możliwości

+

Wsparcie od ludzi

+

Odrobina szczęścia

=

SPEŁNIENIE NAJWIĘKSZYCH MARZEŃ

Wielkie pakowanie

Dzisiaj nadszedł czas pakowania. Trzeba zapakować swoje całe życie w 80-cio litrowym plecaku. Ostatnio, nie wiadomo dlaczego :-), mam trochę problemy z zasypianiem, więc gładko mi nie pójdzie, bo jestem średnio wypoczęty. Cały dzień walczyłem z tym tematem i jeszcze nie skończyłem. Za to kończy mi się już wolne miejsce w plecaku, a nadal pozostała jeszcze masa rzeczy do spakowania. W sumie to w dzisiejszych czasach mamy bardzo sprzyjającą sytuację, ponieważ producenci prześcigają się w tworzeniu rzeczy ultralekkich, super małych, bardzo wydajnych, praktycznych i pomysłowych. Chyba tylko dlatego udało mi się wepchnąć do plecaka tyle rzeczy. W sumie najbardziej zadowolony jestem z namiotu. W pierwotnym zamierzeniu miało go nie być w ogóle. Większość namiotów to ciężkie i duże paczki, lub jeśli są lekkie, to są diabelnie drogie. Do tego rozkładanie i składanie, to zwykle sporo zabawy. Z drugiej strony, nie wszędzie da się spać w hamaku przecież. Poszperałem więc jeszcze trochę i znalazłem ciekawe rozwiązanie. Może ten namiot nie jest bardzo lekki, bo waży prawie 2,5 kg, ale takie, które ważą 1 kg, kosztują od 500 zł w górę. A mój był za 120 zł :-). Ale jego przewaga jest również w innym punkcie. Mianowicie rozkłada się w ciągu 2 sekund, a składa w ciągu 15 sekund :-). Czego chcieć więcej? W porównaniu do innych namiotów jest również po złożeniu zupełnie płaski. Co prawda po złożeniu jest to dość niewygodny i spory okrąg, ale bez problemu udało mi się uzyskać z tego owal, dzięki czemu idealnie pasuje do plecaka i do pleców. Namiot jest produktem firmy Quechua i nazywa się "2 second". Tutaj możecie zobaczyć film, jak się go obsługuje. Do kupienia w sklepach Decathlon. To w sumie jest największa rzecz, jaką mam, maty samo-pompujące i śpiwory są obecnie tak skompresowane, że nie stanowią większego problemu. A reszta? Generalnie wszystko sprowadza się do upchnięcia możliwie jak największej ilości pozostałych drobiazgów w wolne przestrzenie :-).

Dla zainteresowanych przygotowałem listę rzeczy, która mi pomogła w pakowaniu. Może komuś się przyda. Oczywiście lista będzie się różnić w zależności od podróży i od podróżnika. Ale myślę, że czasem warto rzucić okiem na listę kogoś innego, żeby zweryfikować swoją własną. Ja tak robiłem i oto, co mi wyszło:

Elektronika

  • Netbook
  • GPS
  • Bateria słoneczna
  • Zegarek
  • Lornetka
  • Kompas
  • Aparat
  • Mały statyw
  • Filtry polaryzacyjne do aparatu
  • Karty SD
  • Latarki – czołówka i ręczna
  • Kable/ładowarki
  • Pendrive
  • Dysk przenośny
  • Odtwarzacz mp3

Sprzęt

  • Sznurki/liny
  • Mata samo-pompująca
  • Śpiwór
  • Hamak
  • Kuchenka polowa + esbit (paliwo)
  • Scyzoryk szwajcarski
  • Multitool
  • Nóż
  • Osełka
  • Mała saperka
  • Puszka survivalowa (zawartość poniżej)
  • Kubek aluminiowy
  • Garnek do gotowania wody
  • Zestaw biwakowy naczyń
  • Sztućce
  • Śrubokręt
  • Linka do roweru na szyfr lub kłódka

Odzież

  • Buty trekkingowe
  • Sandały
  • Bielizna termo-aktywna
  • Pasek
  • Czapeczka
  • Kąpielówki
  • Ręczniki szybkoschnące z mikrofibry
  • Krótkie spodenki
  • Poncho
  • Okulary
  • Rękawiczki
  • T-shirty termo-aktywne
  • Długie spodnie
  • Kurtka wiatroszczelna, wodoodporna
  • Skarpetki termo-aktywne
  • Slipki termo-aktywne
  • Arafatka
  • Polar
  • Opaski odblaskowe
  • Ściereczki

Chemia

  • Super glue
  • Środki czystości
  • Woreczek wodoodporny na szyję na dokumenty
  • Worki na śmieci/reklamówki
  • Zapalniczka
  • Mokre chusteczki
  • Środek przeciw owadom DEET
  • Chusteczki
  • Antybakteryjny żel do rąk
  • Papier toaletowy
  • Gąbka do naczyń
  • Szampon
  • Rurka do picia wody z aktywnym srebrem
  • Tabletki do oczyszczania wody

Produkty spożywcze

  • Witaminy, minerały, proteiny
  • Gorzka czekolada
  • Kawa
  • Przyprawy
  • Woda

Kosmetyczka

  • Nitka do zębów
  • Szczoteczka do zębów
  • Pasta do zębów
  • Maszynka do golenia
  • Cążki do paznokci
  • Krem UV
  • Krem do rąk
  • Pumeks
  • Patyczki do uszu
  • Dezodorant

Apteczka

  • Leki przeciwbólowe
  • Węgiel
  • Plastry
  • Striper – paski do bezszwowego łączenia ran
  • Fervex lub Gripex
  • Krople żołądkowe
  • Folia NRC
  • Altacet - na obrzęki
  • Fenistil – łagodzi ukąszenia komarów
  • Jodyna w żelu
  • Krople do oczu
  • Pianka pantenol lub żel chłodzący
  • Codofix lub bandaż
  • Gaziki jałowe
  • Nożyczki ratownicze

Puszka survivalowa (to zawsze mamy przy sobie!)

  • Zapałki z główkami pokrytymi parafiną
  • Haczyki na ryby
  • Żyłka
  • Krzesiwo
  • Drut (na pułapki)
  • Dratwa (na pułapki)
  • Alfabet Morse'a
  • Gwizdek, najlepiej bez kuleczki w środku
  • Heliograf (specjalne lusterko do dawania sygnałów świetlnych)
  • Agrafki
  • Mały kompas, tzw. guzikowy
  • Lupka
  • Prezerwatywa (może się przydać np. do przenoszenia wody)
  • Świeca
  • Zestaw do szycia
  • Waciki (dobrze się rozpalają)
  • Nadmanganian potasu (zmieszany z rozdrobnionym cukrem dobrze odpala, służy również do odkażania ran i do uzdatniania wody do picia)
  • Skalpel – niestety zwykłym nożem ani nawet żyletką nie da się oprawić zwierzyny, więc lepiej mieć skalpel przy sobie

Pozostałe rzeczy

  • Paszport
  • Patenty żeglarskie
  • Żółta książeczka szczepień
  • Zdjęcia do wiz
  • Notes + długopis
  • Polisa ubezpieczeniowa
  • Prawo jazdy międzynarodowe
  • Pieniądze
  • Karty kredytowe
  • Adresy ambasad
  • Adresy bliskich
  • Telefony do zablokowania kart kredytowych
  • Darmowe numery dostępowe do Polski
  • Kolorowe ksero (2 sztuki): paszport, szczepienia, karta kredytowa
  • Kłódki
  • Dmuchana poduszka
  • Duct tape (nie cała rolka, dwa metry zwinięte ponownie)
  • Warto przygotować sobie adresy stron internetowych np. do:
    • Wyszukiwarek bankomatów
    • List darmowych hot spotów
    • Placówek PADI, w których można ponurkować
    • Elektronicznych map krajów
    • Kalkulatory walut

I to wszystko trzeba zmieścić w niezbyt dużym plecaku :-))). Mam nadzieję, że niczego nie zapomniałem :-))).

wtorek, 4 maja 2010

Ubezpieczenie

Jedna z ważniejszych rzeczy i jednocześnie jeden z największych wydatków. Szukałem tego dość długo i powiem szczerze, że wybór na rynku jest marny. Nie mówiąc już o atrakcyjności pod względem finansowym. Oczywiście jak się jedzie na tydzień czy dwa, ubezpieczenie podróżnicze/turystyczne to znikomy wydatek kilkuset zł. Ale gdy trzeba ubezpieczyć się na rok, to już cena mocno idzie w górę. Większość ubezpieczycieli oferuje tylko ubezpieczenie na życie. Ubezpieczenie kosztów leczenia dla turystów, to niestety rzadkość. Jedyną firmą, jaką na początku znalazłem była Allianz. Jednak po wstępnej symulacji kosztów gdzie w zależności od wysokości ubezpieczenia wychodził koszt od 8 000 zł do 16 000 zł, to trochę mi mina zrzedła. Ale co zrobić? Nie kupić? To jedna wizyta w szpitalu może kosztować 20 000 EURO, wtedy już w ogóle będzie ciężko. No i tak zwlekałem z kupieniem tego, aż wreszcie przypadkiem natrafiłem na ubezpieczenie od zagranicznej firmy IHI Bupa. U nas nie jest znana, ale z tego, co się zorientowałem jest to potentat na rynku amerykańskim. Poszperałem, poczytałem i kupiłem. Okazało się, że warunki mają rewelacyjne, w dodatku bez górnego limitu ubezpieczenia kosztów leczenia i w bardzo dobrej cenie. W Polsce można to kupić m.in. przez stronę www.ubezpieczeniaonline.pl, gdzie są szerzej opisane warunki po polsku. A dla tych, którzy radzą sobie z angielskim, polecam stronę ubezpieczyciela www.ihi.com. Ubezpieczenie na cały rok kosztowało mnie tylko 790 GBP, co w przeliczeniu po dzisiejszym kursie wyszło 3622 zł. Ciekawostką jest to, że przy zmianie waluty można sporo zaoszczędzić. Do dyspozycji mamy tam USD, EURO, CHF i GBP. Okazało się, że w przeliczeniu po kursach bankowych w Polsce ceny w USD, EURO i CHF były od 1000 do 2000 większe! Zakup w funtach dał mi spore oszczędności. Warto czasem pokombinować :-). Sam zakup był banalnie prosty. Wystarczyło wpisać okres ubezpieczenia, swoje dane, a potem podać numer karty kredytowej. Chwilę później na mailu dostałem certyfikat z moim numerem, potwierdzający zawarcie umowy. Prosto, szybko, tanio i dobrze. Jeśli szukasz ubezpieczenia turystycznego, sprawdź na www.ihi.com.

Zakończenie przygotowań

W dniu dzisiejszym, po ponad roku, zakończyłem etap przygotowań. Mówię zarówno o zebraniu większości sprzętu, jak i przygotowaniu samego siebie. Rok przygotowań, żeby rok mogła trwać podróż. Czy można było ruszyć bez przygotowań? Jasne, że tak. Tylko czy to byłoby rozsądne? Nie wydaje mi się. Oczywiście w zależności od podróży i od stylu podróżowania, różne kursy czy rzeczy są opcjonalne. Jednak podróż taka, jaką ja sobie zaplanowałem – na minimum rok, samemu, każdym sposobem oprócz samolotu, mając styczność z dżunglą, z pustynią i z oceanem – wydaje mi się, że przygotowania, które wykonałem to niezbędne minimum.
W porównaniu do blogów innych podróżników, nie zacząłem go od postu "No to ruszam", ale bardzo chciałem opisać cały proces przygotowań. Mam nadzieję, że komuś się to przyda, kto sam będzie się przygotowywał do podobnej wyprawy. Wszystko, co zrobiłem to była tak naprawdę również fajna przygoda i zabawa. Rejsy morskie, kursy żeglarskie, szkoła przetrwania – super przygody, fantastyczne wspomnienia, możliwość poznania wielu ciekawych osób z pasją. Podczas przygotowań bawiłem się fantastycznie. Ale nie oszukujmy się, wymagało to również dużego poświęcenia. Często zarywałem wolne weekendy, musiałem wcześnie wstawać, byłem przemęczony, parę razy znalazłem się w groźnych sytuacjach, ale to i tak była niezwykła przygoda. Jak sobie pomyślę, że przede mną jest jeszcze większa, to zapowiada się niezła imprezka :-))).
Wybaczcie mi, że część postów będzie trochę natury technicznej. Chcę, by blog oprócz motywacji WAS do spełniania marzeń, był także swoistą "instrukcją obsługi podróży dookoła świata" dla tych, którzy będą chcieli spróbować kiedyś czegoś podobnego. Wiem, że wielu z Was ma np. w podróżach stopem większe doświadczenie ode mnie. Rozmawiałem z takimi, którzy zjeździli całą Europę. Ale Europa, to nie cały świat. Europa to dość zamknięty obszar, na którym obowiązują z grubsza podobne zachowania kulturowe, tradycje, zbliżone do siebie religie i obyczaje. Z każdego zakątka Europy jest też relatywnie blisko do domu, a sama podróż nie jest ani bardzo skomplikowana ani bardzo droga. Zwykle takie podróże nie trwają też dłużej niż 2-3 miesiące. Często obejmują cywilizowane obszary pełne ludzi, którzy są w stanie pomóc. Dlatego właśnie podróż poza Europę wymaga znaaaaacznie większego przygotowania. Mamy tam styczność ze skrajnie różniącymi się od naszej kulturami, obyczajami, przepisami i religiami. Do tego dochodzą często mylne wyobrażenia, które mamy wykreowane przez media (prosty przykład "arab = terrorysta"). Powinniśmy się więc (moim skromnym zdaniem) przygotować do takiej podróży znacznie solidniej. Oczywiście nie przewidzimy wszystkiego, ale na wiele sytuacji, które mogą nam podróż bardzo utrudnić, możemy się przygotować. Co więcej, dobre przygotowanie rozszerza nasze zdolności do improwizacji, a tym samym daje nam szansę przetrwania w najcięższych warunkach, na które przygotować się nie da. Dlatego tak rozbudowany był mój plan przygotowań.
Aaa, jeszcze jedno. Spotyka się czasami reportaże, jak to ktoś mając 100 USD w kieszeni pojechał w podróż swojego życia dookoła świata. Bez przygotowania, bez planowania, po prostu wziął plecak, ostatnie sto dolców, jakie mu zostały i ruszył. Nie chcę nikogo obrazić, ale wg mnie to są bzdury. A nawet, jeśli ktoś tak zrobił… chyba nie jest zbyt rozsądny. Przygotowania są po to, by przygoda życia nie zamieniła się w koszmar życia. To przecież było by głupie, gdy ktoś np. trafił do szpitala z durem brzusznym, tylko dlatego, że się nie zaszczepił! Spełniajmy marzenia, ale z głową.
Dla osób ciekawych, ile kosztują przygotowania do takiej podróży, przygotowałem małe zestawienie. Założenia są takie, że mogą się zdarzyć ekstremalne warunki, że będziemy musieli sobie poradzić na morzu, że możemy zostać napadnięci, obrabowani, możemy się zranić, możemy się zgubić w dżungli, jesteśmy zupełnie sami i musimy sobie jakoś poradzić w każdej sytuacji. Pewnie, że do niczego takiego może nie dojść, ale ja tam wolę wiedzieć, co powinienem wtedy robić. Lepiej być przygotowanym na najgorsze. To oczywiście moja subiektywna ocena. Część cen jest niższa niż ogólnie obowiązujące na rynku, ponieważ korzystałem z promocji, czasem miałem spore zniżki z różnych okazji, to tak, żeby nie było wątpliwości, czemu niektóre rzeczy są tak tanie. Po prostu parę razy miałem szczęście.

Kursy:
Koszt opcjonalny
Koszt zalecany
Koszt obowiązkowy
Kurs żeglarski
1140,00
Kurs na sternika jachtowego (w tym obowiązkowe dwa rejsy)
2000,00
Kurs samoobrony (cena za pół roku)
700,00
Kurs językowy (cena za rok, raz w tygodniu)
2400,00
Kurs survivalu
200,00
Kurs pierwszej pomocy
130,00
Kurs nurkowania
1300,00
Basen (powiedzmy 2 razy w m-cu przez rok)
240,00
Siłownia (cena za rok + odżywki)
2500,00
Międzynarodowe prawo jazdy
25,00
Wiza do Chin*
220,00
Wiza do Indii*
180,00
Zdjęcia do wiz
50,00
Razem:
4040,00
4875,00
2170,00

* To są jedyne kraje na mojej drodze, do których trzeba kupić wizy w kraju. Do innych można wizę kupić na granicy.

Szczepienia:
Koszt opcjonalny
Koszt zalecany
Koszt obowiązkowy
WZW A (cena za 1 dawkę)
130,00
WZW B (cena za 3 dawki)
75,00
Polio
85,00
Dur brzuszny
170,00
Żółta febra
150,00
Cholera (cena za 2 dawki)
360,00
Wścieklizna (cena za 3 dawki)
360,00
Błonica + tężec
45,00
Kleszczowe zapalenie mózgu (cena za 3 dawki)
300,00
Pneumokoki
85,00
Meningokoki
155,00
Razem:
960,00
475,00
480,00

Sprzęt i odzież:
Koszt opcjonalny
Koszt zalecany
Koszt obowiązkowy
Ubezpieczenie
3620,00
Netbook
1500,00
Odtwarzacz mp3
200,00
GPS
200,00

Plecak
760,00
Nóż
110,00
Odzież żeglarska
1300,00
Odzież
1000,00
Mata samo pompująca
200,00
Śpiwór
250,00
Dobry zegarek
1000,00
Kompas
25,00
Lornetka
100,00
Saperka
20,00
Poncho
40,00
Hamak
150,00
Buty
300,00
Multitool
50,00
Scyzoryk
100,00
Inny drobny osprzęt
200,00
Aparat
2000,00
Karty pamięci
200,00
Pendrive
100,00
Dysk przenośny
250,00
Latarka
20,00
Lekarstwa
200,00
Razem:
3260,00
8865,00
870,00

Jak łatwo policzyć, minimalny koszt przygotowania do takiej podróży wg mnie, to tylko 3 520,00 zł. To jest właściwie podróż na wariata, ale może są tacy.

Koszt, którego wydanie przygotuje nas już całkiem nieźle do takiej podróży, to 17 735,00 zł.

Maksymalny koszt przygotowania do podróży dookoła świata, który wg mnie wystarcza by czuć się bezpiecznie, w miarę komfortowo i nie zapomnieć, co to jest cywilizacja - koszt, który ja poniosłem - to 26 000,00 zł.

Czy to dużo, czy mało, by móc spełnić swoje największe marzenie… ?

niedziela, 2 maja 2010

Kurs na sternika jachtowego

No, o mały włos by się nie udało. Miałem jechać na ten kurs w zeszłym tygodniu, ale facet mi zawalił, o czym się dowiedziałem w ostatnim momencie. Szybko poszukałem jakiejś konkurencyjnej oferty, ale praktycznie przez cały tydzień też byłem w niepewności, bo nie dostawałem potwierdzenia mojej rejestracji. Dopiero w piątek wieczorem dowiedziałem się, że w sobotę po południu mam się stawić w Szczecinie. Czym prędzej znalazłem pociąg i jak najszybciej się spakowałem. Dobrze, że już jeden rejs mam za sobą, wiem co trzeba brać, więc pakowanie poszło gładko. Nie wiem, co prawda czy będę mógł podejść do egzaminu na sternika, ale najważniejszy dla mnie jest sam kurs. Chcę nabyć umiejętności, które potem mogą być przydatne na morzu. Jak pewnie wiecie, wcześniej czy później, w podróży dookoła świata, w końcu natrafi się na wodę., Można wtedy przelecieć nad nią samolotem, czego ja osobiście będę unikać. Można też kupić bilet na prom… co mi też się średnio podoba, bo zwykle takie bilety są baaaardzo drogie. Często są kilkakrotnie droższe od lotniczych, a do tego podróż trwa znacznie dłużej. Mój plan jest więc taki, że złapię jachtostopa. Ale żeby nie być tylko inteligentnym balastem, chcę w zamian za darmową podróż, zaoferować swoje umiejętności i być pomocnym, jako załogant. Przyznacie, że to całkiem praktyczny pomysł.

Rejs po morzu to fantastyczna przygoda sama w sobie i warto ją przeżyć, bo jest niepowtarzalnym doświadczeniem. Wszystkich, którzy próbowali żeglowania po jeziorach, powinno to zaciekawić. W ogóle wszystkich oczywiście do żeglowania namawiam gorąco, ale prawdziwe emocje są dopiero na morzu. Różnica jest, jak między jazdą rowerem a jazdą ciężarówką. Jednak dla mnie jest to także kolejny krok w przygotowaniach do mojej podróży. Tym razem nie jest to sam rejs (którego wcześniej potrzebowałem do zdobycia stażu – wymóg na stopień sternika), ale jest to również szkolenie z żeglugi morskiej, z nawigacji, meteorologii, komunikacji między statkami, locji, przepisów, oznaczeń morskich i całej masy innych rzeczy + praktyczne zastosowanie tej wiedzy. Brzmi to może trochę zniechęcająco, ale gdy człowiek się tym interesuje, to wchodzi do głowy w miarę łatwo.

A było to tak…

Dzień 1

Wieczorny rozruch kursu. Przyjechałem do Szczecina około 16, z resztą ekipy spotkaliśmy się koło 18. Fajni ludzie. Właściciel statku jeszcze sprzątał na nim i robił ostatnie naprawy. Statek sam w sobie bardzo malutki, nawet miał rumpel zamiast koła. W porównaniu do poprzedniego, którym płynąłem był krótszy chyba o połowę, w środku malutka kabina, oj ciężko będzie się tu pomieścić. Poszliśmy na obiad, potem szybkie zakupy dla naszej "piątki" i miły wieczorek integracyjny :-).

Dzień 2

Lekko wczorajsi :-) powoli zaczynaliśmy dzień od przeciągnięcia się w ciasnych kojach i próbie wykaraskania się z pośród porozwalanych bagaży, toreb i śpiworów. Kto się nie potknął o buty, ten na pewno przywalił głową w wystające sufitowe żerdzie. No właśnie, najważniejsza zasada pod pokładem – głowa nisko :-) i powolne ruchy :-). Szybkie podniesienie głowy zwykle kończy się guzem.

Zaczęliśmy od szkolenia teoretycznego, a już po paru godzinach, nareszcie żeglowanie. Trochę się obawiałem, bo w końcu miałem rok przerwy, sporo rzeczy zapomniałem. Ale moment, gdy stanąłem za sterem zmienił wszystko. Och, to jest właśnie to! Poczułem się niesamowicie. Wszystko do mnie wróciło, w ciągu paru sekund przypomniałem sobie manewry, węzły i jak się żegluje. Wiatr wiał mi w twarz, w ręku miałem władzę nad statkiem, słońce odbijało się od wody. I ten zapach wody, taki specyficzny, zawsze świeży, z nutką zapachu ryb i trzcin… czujecie to? Każdy taki wdech jest tak magiczny, zupełnie niedający się zdefiniować, nie potrafię tego opisać. Nie jest taki jak w lesie, choć i tam jest świeżo. Na morzu każdy wdech jakby sam wpływał nam do płuc wpychany wiatrem. To jest wiatr, który jest totalnie na wolności. Nie jak na polach ograniczony lasami, nie jak w miastach ograniczony domami. Na morzu jest wolny, hula nieograniczony niczym. A każdy wdech, który wdychamy tym wiatrem, nas również czyni wolnymi ludźmi… a być wolnym człowiekiem… to bezcenne.

Z pierwszymi odciskami od lin, po paru godzinach żeglowania, które poszło całkiem nieźle, jak na pierwszy raz po rocznej przerwie, pochłonęliśmy obiad i koło 19 poszliśmy na kolejne szkolenie. Stwierdziliśmy, że całą teorię przerobimy dzisiaj, by jutro już ruszyć w rejs. Na szkolenie zaprosił nas na swój jacht Irek, starszy, przemiły gość, który dołączył się do naszego kursy, żeby zrobić odpowiednie papiery, bo niedługo również wybiera się w podróż dookoła świata swoim statkiem. Aby mieć siły wysiedzieć na szkoleniu, wspomogliśmy się paroma drinkami :-) i jakoś do północy wytrzymaliśmy.

Umówiliśmy się na pobudkę o 7 rano, by do 9 ruszyć. Ktoś tam jeszcze grzebał przy silniku, żeby go wyregulować, a ja się walnąłem spać :-).

Dzień 3

9.30… powoli zwlekaliśmy się z koi :-). Poranny pomysł ruszenia… troszkę się przesunął. Szybki prysznic, kawa, śniadanko i… pierwsze bóle brzucha… chyba z nerwów. Wróciły wspomnienia z choroby morskiej, a raczej strach przed nią, mam nadzieję, że mnie tym razem nie dopadnie. Zająłem się czymkolwiek innym, niż myśleniem o tym i po kilkunastu minutach mi przeszło.

Do morza mamy jakieś 100 km jeszcze, więc dzisiaj to zamiast żeglowania, będziemy się snuć przez kilka godzin na silniku po kanałach. Jakoś trzeba będzie to przetrwać, dzisiaj emocji nie będzie :-).

Parę "rozgrzewających" :-) szklaneczek później…

Pięć opalonych twarzy smaganych przez wiatr (a ten jest coraz mocniejszy, fale też ciut większe), płyniemy i płyniemy na tym silniku już chyba 8 godzin. Jak ktoś mi powie, że Szczecin jest nad morzem, to powiem mu, żeby nauczył się geografii. Już uszy pękają od hałasu silnika. Ruszyliśmy o 11.30, może na 21 dopłyniemy do Świnoujścia. Najważniejsze, że atmosfera jest miła. Przynajmniej na razie :-), zobaczymy za parę dni :-). To w ogóle jest bardzo ciekawa rzecz. Nagle 5 osób, każda z innego kawałka Polski, spotykają się na małej łajbie, w kajucie o wielkości celi więziennej, może z 3 metry na 2 i muszą się jakoś tutaj razem dogadać. Nie ma możliwości za bardzo by wysiąść, trzeba to jakoś przeżyć, jednocześnie siła przyzwyczajeń musi ustąpić miejsca wyrozumiałości dla reszty załogi, co naprawdę jest bardzo trudne, bo każdy chce, żeby było na jego. Czasem wystarczy wręcz mała iskra, jakiś drobiazg, by doszło do porządnej sprzeczki. Nagle w tak małym zamkniętym miejscu, zupełne bzdury, mają coraz większe znaczenie. I trzeba jakoś ze sobą przetrwać. Przetrwać… taaak, przetrwać to trzeba jeszcze poza tym umieć w tych warunkach :-). Ci, co nie pływali na takich małych statkach, nie wiedzą, że kuchnia jest tu np. wielkości 1 metra kwadratowego. Na tym trzeba ugotować i przygotować posiłek dla 5 osób. Tak samo kingston, czyli toaleta. Jest w nim miejsce na… stopy :-). Przed stopami jest już malutka muszla i na tym wolna przestrzeń się kończy. Aaa, no i sufit w toalecie… na tym statku jest na wysokości ramion, więc pozycja jest w pochyle do przodu, z oparciem o ścianę ręką i biodrami o boczne ścianki, bo przecież cały czas buja, więc trzeba się trzymać… no, że tak powiem jest mało wygodnie :-). No i akurat w naszej toalecie nie ma ani światła (zepsute) ani okienka, więc celuje się na oko :-). W zasadzie nie zamyka się drzwiczek, żeby coś było widać :-). To znaczy drzwiczki i tak się nie zamykają :-))), ale przynajmniej już jakieś są, bo jeszcze wczoraj ich nie było :-). Myślę, że przydałby tu się solidny remont :-), ale chociaż dobrze, że nie przecieka kadłub :-)

Koło 20.30 dotarliśmy do Świnoujścia. Zrobiliśmy szybkie zakupy, kolację i koło 22.30 ruszyliśmy do Sassnitz. Robiło się już ciemno, mijały nas gigantyczne promy (wiecie, że one płyną jakieś 25-30 węzłów? My płyniemy 4-5 :-), więc wyobraźcie sobie to wrażenie, gdy przepływa niemal tuż obok taki kolos). Podzieliliśmy się na wachty po dwie osoby. Nam, znaczy mi i jednej z koleżanek z mojej wachty trafiła się tzw. psia wachta, czyli służba od północy do 4 rano.

O północy koleżanka przejęła ster. Zostaliśmy sami na pokładzie. W sztormiakach, opatuleni z każdej strony, chroniliśmy się, jak się da przed wiatrem. Dookoła zupełna ciemność. Znikły już światła Świnoujścia. Nie było już widać żadnych innych statków. Zupełna ciemność. Nie macie pojęcia, jak ciężko się w takiej sytuacji nawiguje, gdy nie ma żadnego punktu odniesienia, na który można by było się kierować. Wiatr już dość silny prawie 6 w skali B. Fale na Bałtyku są dość krótkie, przez co nieprzyjemnie kołyszą, wywołując nudności. Po godzinie mieliśmy się zmienić na sterze. Schyliłem się po latarkę, żeby zobaczyć kurs na kompasie… i się zaczęło… 10 sekund później kolacja była już za burtą. Dobrze, że nie miałem nudności, nie było mi niedobrze, po prostu Posejdon zażądał kolacji :-). W sumie trochę mi ulżyło. Przesiadłem się za ster. Ciężko było utrzymać kurs, wiatr bardzo silnie napierał na żagle. Płynęliśmy w bejdewindzie – to jest kurs prawie pod wiatr, więc odczuwalność wiatru na twarzach była bardzo silna, bo sumowała się jeszcze z naszą prędkością. I nagle… nie wiem jak, żagle przeleciały na drugą stronę. Szczerze mówiąc do tej pory nie wiem, jak to się stało. W żeglarstwie nazywa się to niekontrolowanym zwrotem przez sztag. Tyle, że ja ani nie zmieniłem kursu, ani nie przechodziłem linii wiatru. Może wiatr zmienił kierunek? Może fala nas odepchnęła? Nie wiem, nie mam pojęcia. Na pokładzie zostałem sam, koleżanka poszła zapisać naszą pozycję na mapie. Nie mogłem sam przerzucić foka, więc skontrowałem sterem kurs. Po chwili statek zareagował i żagle wróciły na swoją pozycję. Nadal ciemno jak w … Na pokład weszła koleżanka z innej wachty, bo źle się też zaczęła czuć. I nagle bach… żagle znowu znalazły się po drugiej stronie. Kurde, co jest? Rzuciłem okiem na kurs, nic się nie zmieniło. Znowu skontrowałem, żagle wróciły do swojej pozycji, i nagle bach – coś uderzyło mnie w głowę. Obracam się, patrzę, a tam bom się oderwał od masztu. Ściągnął grota z pół metra w dół. Zaczęła się dramatyczna walka o opanowanie statku, bo bez żagli nie dało się już nim tak łatwo sterować. Żagle łopotały, zluzowany fok zaczął się okręcać dookoła want. Załoga zaczęła zrzucać żagle, czym prędzej, bo latający bom właśnie urwał dwie wanty. Maszt zaczął się niebezpiecznie chybotać. Fale dość krótkie na Bałtyku powodowały coraz gorsze samopoczucie. Chwilę później połowa załogi wisiała za burtą wymiotując. Ja również. Na uruchomionym silniku, zaczęliśmy wracać do Świnoujścia. Fale nas nie oszczędzały, bujało w bardzo nieprzyjemnym rytmie, ktoś wymiotował do wiaderka, ktoś za burtę, ktoś inny do reklamówki. Niestety, nic przyjemnego, ale tak tam właśnie bywa. Teraz już się z tego śmiejemy, ale wtedy nie było nikomu do śmiechu, gdy ktoś pukał drugą osobę czy już skończyła wymiotować, żeby podała mu wiaderko, bo teraz on chce. Ja poszedłem pod pokład, walnąłem się na koi, pamiętałem z poprzedniego rejsu, że pozycja horyzontalna działa na mnie najlepiej. Dziwna rzecz, tak na marginesie, nie czułem jakiegoś skoku adrenaliny, mimo groźnej sytuacji. Chyba wolałem to przespać :-). A co do koi… to coś w rodzaju małych trumien, tak jakoś dziwnie mi się kojarzą, służą za łóżka. Są bardzo małe. Nad głową półka, tak nisko, że nie można się położyć na boku, bo ramiona się nie mieszczą. Leżałem więc troszkę przed tą półką na skraju koi. Statkiem jednak rzucało niemiłosiernie. Musiałem się mocno tej półki trzymać. Moment, gdy na chwilkę puściłem dłonią półkę skończył się lądowaniem na podłodze po drugiej stronie kabiny… trochę bolało :-). Potem jakoś przysnąłem. Koleżanki spały na zewnątrz przykryte żaglem, bo w kabinie źle się czuły.

Chwilę później trach! Usłyszałem łomot jakby statek pękał. Właśnie złamał się maszt. Szczerze mówiąc słabo kontaktowałem, kiepsko się czułem. Po chwili zszedł na dół kapitan, bo okazało się, że maszt uderzył go w głowę i bardzo krwawi. Co za szczęście, że i sam kapitan i I oficer są studentami medycyny, więc jakoś sobie poradzili z opatrunkiem :-). Potem tylko słyszałem jak wyłączyli silnik, bo okazało się, że masz znalazł się pod statkiem, w poprzek i wanty zaczęły się wkręcać w śrubę. Zostaliśmy sami na morzu, bez masztu, bez żagli, bez świateł, bez silnika i bez radia UKF (antena znajdowała się na maszcie… pod wodą). Szczęście w nieszczęściu, że znajdowaliśmy się w zasięgu działania komórek. Kolega wezwał przez telefon holownik. Znaleźli nas jakieś 2 godziny później, około 4 nad ranem. Wreszcie mogłem się spokojniej wyspać.

Zbudziłem się po 9, jak już zbliżaliśmy się do brzegu. Gorąca kawa i prysznic, którym uraczyli nas panowie z SAR był najprzyjemniejszym przeżyciem z całego rejsu :-). Panowie okazali się bardzo troskliwi i gościnni, pozwolili nam skorzystać ze swoich pomieszczeń. Dziękuję im jeszcze raz za to w imieniu swoim i całej załogi. Chwilę potem pojawił się pan z kapitanatu oraz straż graniczna, żeby wyjaśnić przyczyny wypadku i spisać zeznanie.

Parę godzin później… jestem strasznie głodny, bolą mnie oczy, mam opuchniętą twarzą, jestem obolały, żołądek zupełnie pusty i wywrócony na lewą stronę, nadal wszystko mi się buja przed oczami. Bolą oczy z niewyspania. Żeglowanie po morzu to jednak nie zabawa. Tu trzeba bardzo dobrze się przygotować, skrupulatnie sprawdzić sprzęt przed ruszeniem i przygotować sobie awaryjne procedury. Tu już nie ma żartów. To nie mazury, że gdy jest źle, to zawijamy do mariny i już. Drugi raz jestem na morzu i po raz drugi morze nie pozwoliło nam do portu dotrzeć. To walka z dwoma potężnymi żywiołami, myślę, że nawet można to nazwać sportem ekstremalnym. Nasze szczęście, że byliśmy w zasięgu działania komórek i mogliśmy wezwać pomoc i skończyło się dobrze. Co prawda emocje już powoli opadają i historia nawet dla nas, jest wręcz niewiarygodna, ale przeżyliśmy to. To na zawsze pozostanie naszą przygodą, która na szczęście tym razem skończyła się dobrze.

Resztę dnia spędziliśmy na odpoczynku, zakupach i zajęciach z meteorologii. Stwierdziliśmy też, że koniecznie musimy zrobić jeszcze zajęcia z ratownictwa :-).

Dzień 4

Dzisiaj już na spokojnie wróciliśmy sobie autkiem nad jezioro Dąbie w Szczecinie. Kilka godzin poćwiczyliśmy manewry na innym jachcie. Ogólnie spokój… znaczy po tym jak już zeszliśmy z mielizny, która się trafiła, gdy płynęliśmy na obiad :-).

Dzień 5

Dzisiaj też lajcik, wyspani, zaczęliśmy standardowo od lekcji teoretycznych, potem parę godzin żeglowania. Głównie ćwiczyliśmy podejście do człowieka za burtą. Potem szybki obiadek, sjesta i kolejne lekcje. Na to czekałem. Poprzednie lekcje były głównie powtórką z kursu na żeglarza. Przepisy, meteorologia, oznaczenia statków i oznaczenia na morzu. Za to dzisiaj wreszcie dowiedziałem się czegoś więcej o prądach i pływach. Zaskoczyło mnie tylko, ile matematyki trzeba do wyliczeń np. poziomu wody w danym miejscu o danej godzinie, w zależności od faz księżyca i położenia słońca. Sporo tego. Almanach zawierający tabele pływów i prądów morskich dla samej tylko Wielkiej Brytanii ma 1000 stron, także robi wrażenie. Może nigdy mi się to nie przyda, zwłaszcza, że teraz są programy do tego, ale lepiej wiedzieć, jak to ugryźć.

Dzień 6

Dzisiaj pojechaliśmy do centrum Szczecina pozałatwiać zaświadczenia od lekarza, porobić zdjęcia do patentu, i trochę pozwiedzaliśmy to miasto. Całkiem ładnie tu mają. W sumie nie mieliśmy zbyt dużo czasu, ale na pierwszy rzut oka interesujące miasto. Na 13.00 wróciliśmy do mariny i od razu na żagle. Wreszcie wiała porządna 5, to właśnie dla mnie jest żeglowanie. Liny wpijają się w dłonie, wiatr prawie zrywa czapki z głów, żagle napięte do granic możliwości, aż ciężko je utrzymać w dłoniach, łódź mocno przechylona, relingi coraz bardziej zbliżają się do wody… to jest to! Czuję, że żyję!

Potem już tylko mała powtórka z teorii, jeszcze trochę żeglowania i na wieczór zasłużone ognisko z kiełbaskami na patyku :-).

Dzień 7

Dzisiaj dzień egzaminu. Nie wiadomo, czego się spodziewać. Staramy się nie okazywać jakiegoś strachu, ale chyba każdy w środku przeżywa trochę tą sytuację. W końcu przed 10.00 przyszło dwóch sympatycznych kapitanów i atmosfera szybko się rozluźniła. Zebrali dokumenty, 300 zł za egzamin i ruszyliśmy na jezioro. 4 osoby na pokładzie robiły manewry, 1 osoba w kabinie zdawała teorię. Manewry w sumie były dość proste – trzeba było podejść do boi i potem do człowieka za burtą – w sumie prościej niż na egzaminie na żeglarza jachtowego. Z teorii parę pytań o światła statków, coś z meteorologii, nawigacja, pływy, w zasadzie nic specjalnie trudnego. Poszło prościej niż się wszyscy spodziewaliśmy. I tym sposobem zostałem sternikiem jachtowym. Kolejne 50 zł na patent i na tym się egzamin skończył.

Na koniec dnia jeszcze pojechałem zobaczyć Międzyzdroje, skoro już byłem w pobliżu. Całkiem ciekawe miasteczko, choć nie myślałem, że tak dużo ludzi tu mieszka na stałe. Spodziewałem się miejscowości turystycznej w stylu Dźwirzyna czy Władysławowa, a tu się okazało, że jest sporo normalnych bloków mieszkalnych. W sklepikach oczywiście wszystko made in China w cenach jak z Houston :-). Za to jest ciekawsze molo niż w Sopocie. Najbardziej mnie jednak ciągnęło na plażę. To jest miejsce, gdzie uwielbiam się wyciszać. Szum fal, drobniutki nagrzany piasek, skrzeczące mewy, morska bryza… kiedyś, jak będę stary, kupię sobie na jakiejś wyspie domek, tuż przy samej plaży, będę kołysał się w bujanym fotelu na ganku, palił cygara, pił piwko i oglądał zachody słońca :-). Dzisiaj bardzo potrzebowałem posiedzieć nad morzem. To samo morze podczas żeglowania odbiera się zupełnie inaczej. Śmiałem się tylko do siebie, gdy w pewnym momencie zamiast rozkoszować się ciepłymi promieniami słońca, stwierdziłem, że jest wiatr wschodni, 3 stopnie w skali B., stan morza 2 i że są cirrusy na niebie, więc pogoda się z… zepsuje :-). I rzeczywiście 2 godziny później zaczął padać deszcz :-). Najfajniejsze jednak, że mogłem sobie wreszcie chwilkę pospacerować, poleżeć na plaży, odpocząć od tych wszystkich przygotowań i szepnąć do samego siebie: "no sterniku jachtowy, właśnie spełniłeś swoje kolejne marzenie…"

niedziela, 18 kwietnia 2010

Spokój i bałagan

Pewnie jesteście ciekawi jak wygląda życie tuż przed ruszeniem w tak dużą podróż. W skrócie? Zupełny spokój. Nie wiem dlaczego. Gdy chodziłem jeszcze do pracy, byłem każdego dnia bardzo podekscytowany. Pisałem o tym niedawno. Z pracy zwolniłem się jakieś dwa tygodnie temu. Myślałem, że pierwszy dzień, w którym do pracy nie pójdę, będzie dniem smutnym i odczuję jakoś brak tego wszystkiego, do czego przyzwyczaiłem się przez 6 lat. Wiecie, o czym mówię… o 8 rano kawa, jogurcik straciatella, batonik sezamkowy… dzień się toczył, jeden za drugim. I nagle… no właśnie. Nic. Zupełnie nic. Całkowity spokój. Emocje się uspokoiły, jak tafla jeziora w bezwietrzną pogodę. Spodziewałem się też odczuwalnego braku pracy, a czułem się jakby była sobota. Codziennie sobota. To jednak nie znaczy, że oglądam filmy i nic poza tym. Wręcz przeciwnie. Pracy mam znacznie więcej. Dom wygląda jak pobojowisko, niepotrzebne rzeczy wyprzedaję na aukcjach, pół pokoju zawalone jest rzeczami, które mam zabrać, a tych ciągle przybywa, reszta sprzętu spakowana do wyniesienia na strych, do tego porządki w dokumentach… a te zaczynają się oczywiście od wyrzucania zbędnych papierów, które powiększają górę śmieci. Dzisiaj zostało mi już tylko 23 dni do startu. Mam kilka kartek zapisanych drobnym maczkiem, co jeszcze wziąć, co zrobić, o czym nie zapomnieć, co załatwić przed ruszeniem… po starcie nie będę już w stanie tego zrobić. W dodatku te 23 dni… to nie zupełnie 23 dni. Za tydzień planuję ruszyć w kolejny tygodniowy rejs, tym razem jednocześnie z kursem na sternika jachtowego. Chcę zdobyć umiejętności, które mogą mi się przydać. Nie chcę być inteligentnym balastem, tylko pełnoprawną załogą. To może zadecydować, czy ktoś mnie weźmie na statek. Na początku maja również kilka dni mi odejdzie na egzaminy z nurkowania. Mam więc tak naprawdę już tylko niecałe 2 tygodnie. I mimo to prawie cały czas jestem spokojny. Aż sam się sobie dziwię. Może nawet do mnie jeszcze to nie dociera. A może emocje tłumi świadomość, jak potężne jest to przedsięwzięcie. Wydaje mi się, że plan, który rozpisałem sobie rok temu, po prostu się sprawdził. Już niewiele rzeczy pozostało mi do zrobienia. Może to też powoduje, że jestem spokojny, bo zrobiłem wszystko, co zaplanowałem. Jeszcze tylko drobne zakupy. Coraz częściej za to pojawia mi się myśl… jaki będzie ten pierwszy dzień? Jakie będą kolejne? Gdzie będę spał? Co ciekawego mnie spotka? Choliwcia, jadę w podróż dookoła świata! Kto by pomyślał? To się dzieje naprawdę?

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

DEET… na komary

Zgodzicie się pewnie ze mną, że największą przeszkodą w cieszeniu się ciepłem lata, zwłaszcza wieczorami, są komary. Niewiele osób wie jednak, że z komarami można skutecznie walczyć. Nie mam tu na myśli preparatów Off, ale dość mało znane w Polsce rozwiązanie o nazwie ULTRATHON DEET z firmy 3M. DEET – to jest właśnie nazwa tej czynnej substancji występująca w preparatach zwanych repelentami, i służy do poradzenia sobie z komarami :-). Jednak bajer polega na tym, że owady nie są zabijane, ale odstraszane. Posmarowanie się takim preparatem (ten powyższy ma 34,34% stężenia substancji czynnej DEET) powoduje odstraszanie komarów (w ogóle owadów) aż przez 12 godzin. Osobiście nigdy jeszcze go nie testowałem, ale podobno jest tak skuteczny, że używany jest również przez żołnierzy armii USA, a to już chyba o czymś świadczy. Z polskich producentów na Allegro znalazłem firmę Mugga. Jej preparat jest trochę słabszy – 20% stężenie, działa więc tylko 8 godzin, ale za to jest 10 zł tańszy. Ja, planując pobyt w tropikach, nie zamierzam na tym oszczędzać :-). Szczególnie, gdy tamtejsze moskity mogą mnie zarazić malarią. Pomyślałem, że taki news przyda się dla osób, które wybierają się w tropiki. Albo dla tych, którzy planują grilla na działce :-). A tak a propos malarii. Z tego co czytałem, są 4 odmiany tej choroby, ale podobno tylko jedna bywa śmiertelna – szczególnie odmiana afrykańska. Oczywiście jak można temu przeciwdziałać, to nie ma co ryzykować. Chorobę tą podobno znosi się ciężko tylko za pierwszym razem. Tak czytałem :-). Nie wiem do końca jaka jest prawda… i w sumie wolę tego na sobie nie sprawdzać :-). Dlatego kupiłem sobie właśnie taki preparat :-).

niedziela, 4 kwietnia 2010

Komentarze

Mam małą prośbę :-). Jeśli nie posiadacie konta w serwisie Google (lub nie jesteście zalogowani), to bardzo proszę podpisujcie się jakoś pod komentarzami, bo jak w każdym komentarzu autor jest wpisany, jako Anonimowy… to trochę ciężko mi zidentyfikować autora :-). Jeśli nie będzie to dla Was problemem lub nie jest tajemnicą, to podpisujcie się jakoś, jakkolwiek, choćby inicjałami albo ksywką - znacznie mi to ułatwi identyfikację i ewentualne odpisanie do kogoś konkretnego :-).

Plecak

Parę dni temu kupiłem sobie wreszcie plecak :-). Myślę, że jest to jeden z ważniejszych wyborów, jakich trzeba dokonać przy takiej wyprawie, dlatego chyba warto o tym napisać. Długo szukałem czegoś odpowiedniego, chyba parę miesięcy, zanim zdecydowałem się na konkretny model. Nie mam w tym zakresie większych doświadczeń, więc kierowałem się intuicją. Intuicją… ale też pomysłowością. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w opowieściach podróżniczych często przewija się jeden motyw: "zostawiliśmy plecak w samochodzie/w hotelu, dosłownie na 15 minut, myśleliśmy, że będzie bezpieczny… straciliśmy wszystkie zdjęcia, kasę, sprzęt, paszport…". Co więc robi pomysłowy podróżnik? Uczy się na błędach innych i ważne rzeczy ma zawsze przy sobie. Tyle, że ważne rzeczy w tak dalekiej podróży to nie tylko paszport i kasa, którą da się zmieścić w tzw. moneybelt (takie małe torebki przypinane w pasie). Często dochodzi do tego laptop, lustrzanka, dysk przenośny, gps, odtwarzacz mp3… sam sprzęt elektroniczny jest dość drogi, szkoda byłoby go stracić. Dlatego moje podstawowe wymaganie było jedno – plecak, który ma w sobie odczepiany osobny mały plecaczek, gdzie mógłbym trzymać zawsze przy sobie najcenniejsze rzeczy. Wiadomo, że nie zminimalizujemy możliwości napadu czy kradzieży do zera, ale możemy taką możliwość znacznie zmniejszyć przez rozsądne zachowania i przemyślane rozwiązania.

Myślę, że technologie używane w konstrukcjach plecaków są porównywalne dla wszystkich światowych producentów, więc nie wiem czy jest większy sens to porównywać. Wiadomo, że plecak za 50 zł z marketu… no nie oczekujmy cudów :-), będzie lipa. Natomiast materiały takie jak cordura, czy jakieś oddychające membrany, czy niezacinające się zamki są tak samo dostępne dla wszystkich producentów, jest tylko kwestia, jaką kasę chcemy poświęcić na ten wydatek. Zakładam, że plecaki za 500 zł wszystkich producentów są do siebie tak samo zbliżone jakościowo. Co najwyżej różnią się pomysłami. Dlatego skupiłem się bardziej na funkcjonalności z założeniem, że na plecak wydam między 400 a 800 zł.

Mój wybór padł na plecak Deuter Traveller 70+10.

Jest niezwykły :-). Oprócz wielu pomysłów, o których przeczytacie na powyższej stronie, powiem, że można go używać jak zwykłej walizki – szelki można najzwyczajniej w świecie zapiąć w skrytce i nosić plecak na jednym ramieniu lub w dłoni za rączkę. Mały plecaczek dopinany zamkiem błyskawicznym ma w sobie dodatkowo możliwość zastosowania systemu H2O (trzeba do tego dokupić tzw. camelbak – to po prostu worek z wodą, od którego biegnie rurka do picia, dzięki czemu, żeby się napić, nie trzeba ściągać plecaka). Sam mały plecaczek ma 17 litrów pojemności i można go również zawiesić z przodu na szelkach dużego plecaka. Duży plecak ma 70 litrów pojemności, z możliwością rozszerzenia o dodatkowe 10. Jest to o tyle fajnie zrobione, że nie ma tu tzw. komina, jak w plecakach górskich, ale po prostu rozpina się zamek po całym obwodzie, który powiększa plecak o dodatkową przestrzeń. Super rozwiązaniem jest również to, że nie jest to, jak w plecakach górskich worek, do którego wkłada się wszystko od góry (tam dostanie się do czegoś na dole wymaga wyjęcia wszystkiego z góry). Tutaj robi się to jak w walizce – odpina się po prostu całą jedną stronę. Wadą może być waga plecaka, która wynosi ponad 3 kg, ale myślę, że to jest jeszcze do przeżycia. Koszt, to niecałe 760 zł. Funkcjonalność absolutna rewelacja. Mam nadzieję, że wytrzyma razem ze mną trudy podróży.

Cóż… nie pozostaje nic innego, jak spakować się i ruszyć w drogę :-).

czwartek, 1 kwietnia 2010

Prezenty :-)

Parę dni temu miałem oficjalne pożegnanie w firmie, dopiero teraz mam chwilkę wolnego czasu, żeby o tym napisać. Zwłaszcza, że jest o czym. W prezencie od współpracowników dostałem świetny dysk zewnętrzny A-DATA SH93-500GB wodo/wstrząso odporny. Dzięki dziewczyny i chłopaki! Bardzo mi się przyda.
Natomiast w prezencie od Prezesa Mirosława Kalińskiego w imieniu firmy B3System dostałem fantastyczny aparat cyfrowy Olympus Mju TOUGH-8010. Można powiedzieć, że to aparat dla podróżników! Ma matrycę 14 mega pikseli, wbudowaną pamięć 1,5 GB, i to, co najlepsze - jest wodoszczelny aż do 10 metrów! Do tego jest odporny na upadki z 2 metrów, na zgniecenia do 100 kg i na mróz do -10 stopni. No i mieści się w kieszeni :-). A każdy kto składał lustrzankę wie ile jest z tym zabawy i że to może przesądzić o tym czy zdążymy pstryknąć "uciekającą" okazję. A tak, wyjmuję aparat z kieszeni i już mogę pstrykać :-). No i lustrzanką nie można kręcić filmów :-). Dziękuję Mirku! Jestem absolutnie pod wrażeniem tego aparatu. Z resztą przetestowałem go już w ten sam dzień na kursie nurkowania. Zobaczcie jaki efekt:

 

sobota, 27 marca 2010

Dawno, dawno temu…

17 stycznia 2009

Parę osób już mnie pytało, jak to się zaczęło, skąd w ogóle taki pomysł. Rzeczywiście jestem Wam winien pewne wyjaśnienie. Jak łatwo zauważyć, blog zaczyna się od daty 4 lutego 2009. Ale to nie był początek. Wszystko zaczęło się 17 stycznia 2009. Wtedy właśnie był przełom. Przeżycie było tak silne, że do tej pory wywołuje u mnie niezwykłe emocje. Zanim o nim opowiem, powiem, co się działo ze mną wcześniej.

Wiele miesięcy przed tym wydarzeniem, nie mogłem zrozumieć sam siebie, tego co się ze mną działo. Moje własne zachowanie, przed samym sobą, było dla mnie kompletnie niejasne. Na tapecie pulpitu co chwila lądowało zdjęcie jakiejś kolejnej wyspy z Pacyfiku. Zdjęcia raf koralowych, hamak rozwieszony między palmami, morze, fale… zmieniałem tapetę czasem co godzinę. Zaczynało mi się to śnić. Z czasem były to niemal sny na jawie, gdy spacerując z psem zamykałem oczy i próbowałem z wiatru wyłonić szum fal, gdy próbowałem poczuć zapach morza ze świeżego powiewu. Z każdym dniem pragnienia te rosły wywołując we mnie coraz większe rozgoryczenie z powodu niemożności fizycznego doświadczenia tego wszystkiego. Byłem coraz bardziej rozdrażniony. Nie mogłem na niczym się skoncentrować, nie miałem ochoty rozmawiać, rozkojarzenie nie pozwalało mi się skupić, oglądałem tylko filmy z motywem akcji na jakiejś wyspie. Nie byłem w stanie pojąć, co się ze mną dzieje. Roztargnienie, rozkojarzenie, dekoncentracja, mętlik – tak można w skrócie opisać moje odczucia. I najgorsze, że zupełnie nie rozumiałem, o co mi w zasadzie chodzi. Przecież miałem wszystko, co chciałem. Poukładane życie, praca, żona, pies. Ale nadal nie mogłem się skupić. Nie dawało się tego zagłuszyć w żaden sposób. Aż w końcu rozgoryczenie przepełniło czarę. Było to 17 stycznia 2009 roku. Jechałem z żoną na zakupy do Warszawy. Okres mojego rozgoryczenia przez ostatnie kilka miesięcy oczywiście wpłynął również na atmosferę w małżeństwie. Gdy nie wie się, co jest powodem nerwów, to nie ma jak temu zapobiegać i nerwy rosną coraz bardziej. A wtedy to był bardzo nerwowy poranek. Ale to nie była złość, tylko nerwy z rozżalenia, z bezsilności. Myśli galopowały analizując wydarzenia z ostatnich miesięcy i pytając "Paweł, o co ci k***a chodzi?". I co chwila pojawiały się obrazy wysp, morza, fal, piasku, słońca. Wszystko zaczynało układać się w całość. Emocje rosły… nie chcę ich opisywać, bo to trochę mało męskie :-). Ale możecie sobie wyobrazić, co się dzieje, gdy zdajecie sobie sprawę, że właśnie uruchomiła się zapadka do zrealizowania największego marzenia życia. To wszystko działo się w ciągu niecałej godziny. Umysł pokazał mi mapę Pacyfiku. To był moment, w którym zrozumiałem, że to właśnie tam się muszę znaleźć, że właśnie o tym marzę. Ale zaraz, jak to? Przecież to może być część podróży dookoła świata! Ne muszę być tylko na wyspie i wrócić. Mogę tam dojechać w ramach podróży, pobyć trochę i ruszyć dalej! Te minuty zmieniły moje życie całkowicie. Trzęsłem się z emocji jak po wypiciu 16 szklanek mocnej parzonej kawy… żona zrozumiała, że to moje droga, coś, co muszę zrobić, albo oszaleję. Jednocześnie wydaje mi się, że nie do końca wierzyła, że mówię poważnie. Pewnie myślała, że przejdzie mi to :-). Parę razy w ciągu roku nawet pytała " to ty naprawdę jedziesz?", albo "Paweł zaczynam się bać, ty naprawdę realizujesz to wszystko!", "myślałam, że ci przejdzie"…

…po powrocie do domu w ten dzień narysowałem pierwszą kreskę po mapie. Zacząłem szukać pomocnych programów, blogów. Zacząłem myśleć o tym, że trzeba to wszystko jakoś utrwalić. 2 tygodnie później zacząłem pisać tego bloga. Nie mówiłem o nim niemal nikomu. O całej sprawie wiedziało może z 5 najbliższych mi osób. Nawet rodzina dowiedział się o tym dopiero chyba w grudniu. A ja w tym czasie dojrzewałem. Dorastałem. Potrzebowałem zmierzyć się z tym wyzwaniem w samotności. Z żelazną samodyscypliną realizowałem obmyślony plan. Dałem sobie rok czasu. Rozplanowałem wszystko. I realizowałem jedno po drugim. Asystentka sekretariatu tylko pytała ze zdziwieniem, po co mi kompas, mapa, nóż… "Kurs żeglarski? A co cię tak nagle wzięło?". A ja wstawałem przed 5 rano, w połowie marca, gdy jeszcze był lód na jeziorze, żeby zdążyć na szkolenie żeglarskie. To my otworzyliśmy sezon żeglarski w Polsce wtedy. Zmarzliśmy jak jasna cholera. Ale wracałem szczęśliwy do domu, odhaczając kolejny zrealizowany krok. Potem kurs przetrwania. 3 dni spania w lesie na gołej ziemi. Zdziwione oczy współpracowników zdawały się mówić "on chyba zwariował, na co mu to". Tak to właśnie wyglądało. I tak to wygląda do dzisiaj. Ze stalową determinacją realizuję kolejne kroki… jestem już tak blisko…

17 stycznia 2009 – tak, to jest dzień, w którym zmieniło się moje życie. Dzień w którym rozpoczął się nowy rozdział. Dzień, w którym zdałem sobie sprawę, jaka jest moja droga… jaka jest moja własna legenda.