Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portugalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portugalia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2013

A z Lizbony... do domu

Czas już wracać do domu... 5 tygodni, to jedna z najdłuższych podróży, w jakich byłem. Nawet powiem szczerze, że jestem już zmęczony. Ale też przeszczęśliwy. Tak niewiele osób miało szczęście widzieć, tyle co ja. Najbardziej będę tęsknił za atmosferą Marrakeszu i za widokami w Lagos. Choć pozostałe miejsca również były przyjemne, ale nie tak przenikające emocjonalnie. Z niczym nie da się porównać delektowania się chwilami, jakie w tych miejscach daje się przeżyć. To aż momentami duchowe doświadczenie. Nie religijne, ale właśnie duchowe. Raz zamykasz oczy i słyszysz dźwięki bębnów. Otwierasz i widzisz widoki, które zapierają dech w piersiach. Czujesz zapach oceanu. Słyszysz mewy. Widzisz jak podkradają gołębiom okruszki. Liście palmowe łopoczą na wietrze. Słychać fały uderzające o maszty żaglówek w marinach albo targowanie się w arabskim języku. Fale szumią w swój jedyny, niepowtarzalny sposób. Bose stopy zagłębiają się w ciepłym piasku. Muszelki szeleszczą w woreczku. Jestem bogatszy o tysiąc nowych przeżyć, emocji, doświadczeń, doznań... i nikt mi tego nigdy nie zabierze. Kocham spełniać marzenia, a w tej podróży udało mi się kilka z nich spełnić. Jestem do przodu :-).
 
Tradycyjnie czas na małe podsumowanie:
II etap biegnący od Gibraltaru do Lizbony miał długość 860 km i trwał równo 2 tygodnie.
Koszty noclegów: 575 zł (statystycznie 40 zł/doba, średnie ceny od 7 do 12 EURO za łóżko)
Koszty transportu: 290 zł (autobusy) + 950 zł (bilet powrotny do kraju, niestety przegapiłem promocję, gdy bilet kosztował 450 zł)
Koszty wyżywienia: 290 zł (wychodzi 20 zł dziennie, ale przyznaję się, że w Portugali żyłem oszczędnie, bo wszystko jest bardzo drogie)
Całość: 2 100 zł
 
PODSUMOWANIE CAŁEJ PORÓŻY
 
Długość: 34 dni
Dystans: 2360 km
Transport: 1 950 zł
Noclegi: 1 060 zł
Wyżywienie: 550 zł
Razem 3 560 zł
 
Wspomnienia? BEZCENNE...

Lizbona = przyjemnie

Długo się zastanawiałem, co czuję do Lizbony. Jest trochę podobna atmosferą do Barcelony, ale bardziej łobuzerska jak Berlin, z domieszką romantyzmu jak Paryż. Ale może zacznę od początku...
Wjeżdżając autobusem do Lizbony z południa, już z daleka, niczym wielki znak McDonald's, wita nas ogromny posąg, jaki stoi również w Rio i od niedawna w Świebodzinie :-). Potem wjeżdżamy na ogromny most, który jest dokładną kopią mostu z San Francisco, tyle, że troszkę większy (chyba 2,2 km). Naszym oczom ukazuje się przepiękna panorama Lizbony. Widok naprawdę cudny. Jadąc dalej tym mostem, ma się wrażenie, jakby się wjeżdżało w trójwymiarowy świat przeplatających się dróg, jak z filmu 5 Element. Lizbona leży na sporych wzgórzach i pagórkach, a wiele z nich łączą mostki, wiadukty i tunele, które czasem przeplatają się między sobą i gdy się jedzie na samej górze i patrzy w dół, jak te drogi się wiją pod nami, to po prostu jak trzeci wymiar :-).
Aglomeracja Lizbony liczbą mieszkańców jest zbliżona do Warszawy, ale wydaje mi się, że jest dużo bardziej rozległa. Ale spacery po tym portowym mieście to czysta przyjemność. Pagórki są takie, jak w San Francisco :-). Ludzi jest dużo, ale nie czuć ścisku. Na ulicach kultura. Gdybym miał opisać to miasto tylko jednym słowem, powiedziałbym, że jest przyjemnie. Może tylko ilość dealerów narkotyków i prostytutek jest większa, niż gdzie indziej. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek widział to zjawisko aż w takim natężeniu i to w ściśle turystycznym obszarze (jeszcze nie byłem w Amsterdamie :-p). Jednak na ulicach nie czuć żadnego kryminalnego zagrożenia z tego powodu. Spora liczba policjantów stoi sobie spokojnie i obserwuje otoczenie, ale nie wtrącają się do niczego. Nawet spożywanie alkoholu na świeżym powietrzu jest tu chyba dozwolone, bo nikt się z tym nie kryje. Ale też nikt nie wypił zbyt dużo i nie zaczął rozrabiać, więc ogólnie, po prostu jest tu przyjemny luz.
Sama Lizbona, jak już na pewno zdążyliście zobaczyć na mapie :-), leży przy samym ujściu rzeki Tag, a nie bezpośrednio nad Atlantykiem, ten jest kilka kilometrów dalej. Rzeka Tag jest brudna i brązowa, nie ma opcji, żeby ktokolwiek się w niej kąpał :-). Przy samej Lizbonie tworzy jednak taką sporą zatoczkę, która jest spięta drugim mostem - Mostem Vasco da Gama - najdłuższym mostem w Europie, mierzącym ponad 17 km. Niestety nie widziałem go. Może zobaczę z samolotu :-). Odnośnie samego Vasco da Gamy... jestem zawiedziony, bo nie znalazłem ani jednego jego pomnika. Dookoła była cała masa pomników, prawie na każdym skrzyżowaniu, ale pomnika tak wielkiego odkrywcy nigdzie nie mogłem znaleźć, a zszedłem Lizbonę wzdłuż i wszerz. Przyjemnie się tu spaceruje. Nie bez powodu podałem tu tyle skojarzeń z innymi miastami. To portowe miasto jest właśnie takim tyglem, w którym można spotkać każdą nację i narodowość. Są sklepy prowadzone przez chińczyków, gdzie jest wszystko na raz. Sklepy z pamiątkami są monopolem Hindusów. Na każdym kroku słychać inny język. Strasznie lubię czuć właśnie taką mieszankę wszystkiego jednocześnie. Każdy coś w tym mieście dla siebie znajdzie. Cieszę się, że mogłem wreszcie zobaczyć, co tu jest. Moja ciekawość została zaspokojona :-). Teraz mogę wracać do domu :-).

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Lagos, moje Lagos

Z Lagos wyjeżdżam z ciężkim sercem. To miasto powiększyło listę miast z kategorii "ja tu jeszcze wrócę" :-). Piękna pogoda, turystyczna atmosfera, klimatyczne plaże z cudownymi widokami, szmaragdowe wody oceanu i palmy. Czego chcieć więcej, można by tu zamieszkać na stałe... no może gdyby nie te ceny :-). Cóż, w większości krajów, gdzie jest euro, dla przeciętnego Polaka jest drogo. Ale dla takich widoków i wspomnień, nigdy nie będę żałował niczego. Mamy kwiecień, a z tego co słyszę w Polsce jeszcze śnieg. A tutaj klapeczki, ręczniczek i na plażę :-). Aż się wracać nie chce :-).
Najbardziej po powrocie będzie mi jednak brakować palm. Niby to tylko kikut z kępą liści na górze, ale palmy mają w sobie coś, dzięki czemu kojarzą się z turystycznym rajem. W Warszawie na jednym z rond stoi sztuczna palma i ilekroć koło niej przejeżdżam, to się uśmiecham, bo przypominają mi się wszystkie najpiękniejsze miejsca z podróży. A propos rond... na półwyspie Iberyjskim bardzo mi się podobają właśnie ronda. Czasem wręcz czekam, kiedy będzie następne. Każde rondo w Hiszpanii czy w Portugalii to prawdziwe dzieło sztuki. Zawsze jest na nich jakaś rzeźba, albo fontanna, albo mini ogródek, każde jedno jest jedyne w swoim rodzaju i sprawia radość, gdy się przez nie przejeżdża :-). Szkoda, że u nas tak nie ma, powinniśmy też mieć tak ładnie to zrobione :-).
Po kilku dniach pobytu w Portugalii mam też parę nowych skojarzeń z nią związanych. Jednym z nich są korki :-). Ale nie te uliczne, tylko takie od wina czy szampana. Mają tutaj takie drzewa, z których kory wyrabia się korki. Tyle, że tutaj wyrabia się z niej nie tylko to, ale niemal wszystko inne, tak jak u nas ze skóry. W sklepach są torebki z korka, portfele, opaski do zegarków, podstawki pod czajniki, płaszcze, kapelusze i co tylko przyjdzie nam do głowy - wszystko da się zrobić z tej kory korkowej :-). Świetnie to wygląda :-).
Zupełnie też zapomniałem o jednej z najważniejszych postaci historycznego świata kojarzących się z Portugalią: Vasco da Gama - wielki odkrywca i podróżnik, ale również pirat! w pewnym okresie swojego życia. To on przyczynił się do wzrostu kolonialnej potęgi Portugalii. Warto sobie o nim poczytać, bo miał naprawdę ciekawe życie. To właśnie on jako pierwszy Europejczyk odkrył morską drogę do Indii naokoło Afryki. Być może słyszeliście również o innym znanym Portugalczyku: Henryku Żeglarzu (który nawiasem mówiąc, wcale nie pływał :-), przydomek Żeglarz nadano mu długo po śmierci). To on założył pierwszą szkołę morską i astronomiczną i wspierał marzycieli odkrywających nowe lądy. I Vasco da Gama właśnie w jego szkole się uczył. Co więcej Henryk Żeglarz wymyślił również statki z takimi wysokimi nadbudówkami z tyłu i z przodu i właśnie na takim okręcie płynął Krzysztof Kolumb. Ciekawe, co? :-) Tak, podróże kształcą :-). Ech, gdybym teraz był w podstawówce, to na lekcjach geografii i historii siedziałbym z szeroko rozdziawioną buzią i z chęcią słuchał jakiegoś pasjonata tematu :-). Tylko oczywiście mało którego dzieciaka to wtedy interesuje, a szkoda.
Czas teraz na stolicę tego spokojnego kraju... czas zobaczyć, co do zaproponowania ma Lizbona...

sobota, 30 marca 2013

Lagos... city of dream

Spektakularne, bajeczne, przepiękne, niezwykłe, zapierające dech w piersiach, piękniejsze na żywo, niż w folderach reklamowych agencji turystycznych, olśniewające, zachwycające, niezwykłe, niewiarygodne - tylko takimi słowami można opisać to miejsce! Nigdy w życiu w Europie nie widziałem tak pięknych plaż z takimi widokami. Wiem, że są miejsca na świecie, w których jest jeszcze ładniej, ale to co dzisiaj zobaczyłem totalnie mnie zszokowało i zaskoczyło. Oglądałem wcześniej zdjęcia tego miejsca, dlatego właśnie wybrałem je do zwiedzenia, bo były piękne, ale nie spodziewałem się, że naprawdę będą tu takie widoki! Po prostu szczęka opada! Plaże są bajkowe, w dodatku takie ustronne i nieduże. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zamoczyć nóg w tych falach. Woda czysta, bo plaże są z drobnego żwirku a nie z piachu, więc woda nie jest mętna, mimo masywnych fal. Oczywiście zimna jest tak, że nikt normalny się tam nie wykąpie o tej porze roku :-). Ale zamoczyć nogi w oceanie... bezcenne :-).
Sama miejscowość jeszcze mniejsza niż poprzednia. Piękna jednak, urocza, wszystkie domki śnieżno-białe, więcej turystów i restauracyjek. I Fanta o smaku marakui smakuje tu wyjątkowo :-).
 
Wrzucę jeszcze słowo o Faro, z którego dzisiaj rano wyjechałem. Okazało się, że ten dopływ morski, przy którym leży Faro, to tak na prawdę wielka łąka, która jest zalewana w trakcie przypływu :-). Wcześniej myślałem, że to wszystko zawsze tak tu wygląda, że woda sięga do torów, że wszystko jest zalane po same krawędzie. Tymczasem się okazało, że trafiłem dzisiaj na odpływ i poziom wody opadł o dobre 2-3 metry! Wszystkie łódki w marinie leżały prawie na dnie, a jak poszedłem zobaczyć ten dopływ, to moim oczom ukazała się tylko wielka łąka z wąską rzeczką a dookoła porozkładane były łódki na ziemi :-). Ale niesamowite wrażenie, raz przychodzisz i woda sięga po sam chodnik, a innym razem chodnik jest 3 metry nad wodą :-). Super :-).
 
Jednak moje emocje są już w innym miejscu... Lagos... jak się cieszę, że tu jestem :-)

piątek, 29 marca 2013

Portugalskie Faro

Długo zastanawiałem się z czym mi się kojarzy Portugalia. Nie bez przyczyny, mam bowiem zwyczaj z każdego odwiedzonego kraju przywozić jakąś drobną pamiątkę, która będzie mi się z nim kojarzyć. No i pieniążek :-). Zawsze zabieram ze sobą jakąś najmniejszą monetę z odwiedzonego kraju. No ale z czym kojarzy się Portugalia? Na razie nie przyszło mi do głowy nic oprócz Fatimy i Cristiano Ronaldo. Kraniec Europy w którym język robi wrażenie, jakby był na siłę zmieniony, po to tylko, by nie przypominał hiszpańskiego. Często brzmi śmiesznie, np. moim ulubionym słówkiem stało się 'Bombeiros' - Straż Pożarna :-). W życiu bym tego tak nie przetłumaczył, gdybym miał zgadywać co to słowo znaczy :-).
O ile Andaluzja leży na pięknych zielonych wapiennych wzgórzach, które wyrosły po zderzeniu się europejskiej i afrykańskiej płyty tektonicznej, o tyle wjazd do Portugali zmienił krajobraz na obficie trawiaste, ale dużo mniejsze pagórki. Aaa, no i już wiem dlaczego w Polsce nadal jest zimno. Wszystkie bociany zwiastujące wiosnę są w Portugali :-). Mają gniazda na lampach, a na każdym kościółku jest ich czasem kilka, fajnie to wygląda.
W miejscowości Faro postanowiłem zatrzymać się ponieważ na mapie było oznaczone dużą kropką, stolica regionu Algarve, z wieloma pozytywnymi opiniami i ładnymi zdjęciami. Jak już miałem okazję się nie raz przekonać, duża kropka na mapie wcale nie oznacza dużego miasta :-). Niecałe 60 tyś. mieszkańców to nawet bym powiedział, że dość małe miasteczko, ale za to bardzo urocze. Leży bezpośrednio nad takim jakby morskim dopływem. Mówiąc 'bezpośrednio' mam na myśli bardzo blisko :-). Jest ten dopływ, tory kolejowe i za nimi miasto :-). Fajnie to wygląda. Co prawda trochę daleko do plaży, około 8 km, za jedynym lotniskiem w tym regionie. Jednak na plażę tutaj się nie wybieram, bo tą będę miał w następnym mieście pod nosem :-). Poza tym pogoda jest iście tropikalna. Co 10 minut zmiana: słońce, chmury, opady, i tak na okrągło. Jednak to wcale nie zmienia faktu, że miasteczko jest urocze i fajnie się po nim spaceruje. Nie jest duże, więc w sumie 2 dni wystarczają na nie w zupełności. I nie pytajcie, co tu ludzie robią przez pozostałe 363 dni, bo nie mam pojęcia :-).
Zatrzymałem się w hoteliku o wdzięcznej nazwie BLA-BLA-BLA :-). Prawda, że oryginalna? Jednak nie wspominam o nim tylko ze względu na nazwę. Byłem w dziesiątkach a może i w setkach hoteli, hosteli i pensjonatów, ale tak czystego, zadbanego i dopilnowanego nigdy nie widziałem. Jest taki, jakby się weszło do własnego mieszkania, jest wszystko, absolutnie wszystko! To jest o tyle niespotykane, że zwykle w hotelach niskobudżetowych nie ma nawet papieru toaletowego. A ten po prostu olśniewa czystością i dopracowaniem. Jeśli tu będziecie, to nie szukajcie innego, szczególnie, że ten jest 30 metrów od dworca autobusowego.
Dodam jeszcze, że miasto pachnie rybami. Ale nie w sensie negatywnego smrodu, jaki jest zwykle w sklepach rybnych. Tu jest świeżo, a zapach jest takim zapachem oceanu. Lubię go :-). Silny wiatr wypełnia mocno nozdrza tym zapachem, a nad głowami ślizgają się po wietrze mewy... uroczo, naprawdę ;-).

wtorek, 26 marca 2013

Religijna Sevilla

Doprawdy sam nie wiem czy więcej tu kościołów czy hoteli. Jeden stoi obok drugiego, na przemian, a między nimi sklepiki z przedmiotami dotyczącymi flamenco. Do tego trafiłem na Wielki Tydzień, więc całe miasto to jedna wielka procesja, wszystko jest zakorkowane, stare miasto zamknięte, wczoraj na ulicach to myślę, że było około 200 tyś. ludzi, jak nie więcej. A między nimi członkowie religijnych bractw w białych i grafitowych szatach pokutnych a wielkimi kapturami, w których wyglądają jak członkowie Ku Klux Klan.
Miasto może nie jest jakieś brzydkie, całkiem tu ładnie w sumie, ale jakoś osobiście nie czuję się tu dobrze. Może to przez tą ogromną ilość zwiedzających. Tutaj każdy ma Nikona i plecaczek i każdy robi setki zdjęć, więc wszystko jest totalnie obfotografowane a ja czuję się jak zwykły turysta, jakich są tu tysiące. Nie ma tu pięknych widoków, ani atmosfery, której szukam. Dla mnie to miasto nadaje się tylko do odhaczenia, może komuś innemu spodoba się bardziej. Ja już chyba mam przesyt miast, w których do zwiedzania są niemal tylko kościoły. Od dwóch dni próbuję się do tego miasta przekonać, ale spacer po nim nie sprawia mi żadnej przyjemności. Nikt się do nikogo nie uśmiecha, każdy jest anonimowym kolejnym turystą-fotografem. Nie potrafię zrozumieć czemu, ale jakoś tego miasta nie czuję. Uwielbiam Barcelonę, tam jest klimat, tam można chodzić godzinami i każdy krok jest przyjemnością. Sevilla nie jest dla mnie. A tak na marginesie, dla osób, które nie znają hiszpańskiego ani troszkę, za to kojarzą nazwę tego miasta z gry Monopol (czy Eurobiznes, już nie pamiętam), prawidłowa wymowa nazwy tego miasta to 'Sewidzia'. W hiszpańskim podwójne 'll' czyta się jak 'dzi' :-). To tyle z ostatniego hiszpańskiego miasta na mojej trasie. Już za chwilkę długo wyczekiwana Portugalia :-).

niedziela, 24 marca 2013

Majestatyczny Gibraltar

Nooo, dawno nie widziałem tak pięknego i majestatycznego miejsca jak Gibraltar! Ten zakątek świata chciałem w sumie raczej odhaczyć z tego tytułu, że byłem w pobliżu, ale to jest miejsce tak śliczne, że trzeba tu koniecznie przyjechać. Jeszcze jadąc tu autobusem (linia M-120 do La Linea, 35 minut z Algeciras, 2,35 €) myślałem że będzie słabo. Po drodze same kominy, fabryki, zakłady przemysłowe, pomyślałem, że nie będzie czego oglądać. Tymczasem od samej granicy człowiek ma wrażenie, że wkracza do innego świata. Ogromną górę widać już z daleka, ale dopiero z bliska człowiek dostrzega jej potęgę, majestat, piękno, różnorodność i niesamowity krajobraz, jaki ją otacza. Jednak sam wjazd na ten półwysep zaskakuje z innego względu i wcale nie chodzi mi o ceny w funtach, o czerwoną budkę telefoniczną tuż za granicą ani o brytyjski akcent na ulicach. I nawet nie o to, że przywitała mnie na początku brytyjska pogoda :-). Otóż po wjeździe do tego terytorium trafiamy na lotnisko :-). Jak to na lotnisko zapytacie? Ano główna ulica przecina pas startowy, który jest zbudowany w poprzek niej :-). Na początku nie sądziłem że jest czynny, bo blisko jest boisko dla dzieci, środkiem ciągnie się sznur samochodów, ale jak chwile potem zawyły syreny i opadły szlabany, jak na przejeździe kolejowym, to okazało się, że jak najbardziej jest on w użytku i to nie rzadko (głównie linie EasyJet i British Airways). To również na tym lotnisku doszło do wypadku generała Władysława Sikorskiego, warto o tym poczytać, tym bardziej, że do tej pory nie do końca historycy są pewni, jak do tego doszło. Jest tu nawet pomnik mu zadedykowany z wygiętym (czyżby oryginalnym?) śmigłem samolotowym. Z resztą pomników jest tu cała masa. Dużo z nich poświęconych głównie postaciom, które zasłużyły się tutaj w czasie wojny. Teraz też już wiem, po co Wielkiej Brytanii był ten kawałek ziemi. To najlepsze strategicznie miejsce w tym regionie. Widać absolutnie wszystko w każdym kierunku, widać Morze Śródziemne, Afrykę, Hiszpanię, Atlantyk a same widoki są zniewalające! I tylko dziesiątki tankowców i kontenerowców psują trochę ten widok. W pewnej chwili przyszło mi do głowy policzyć te, które są w zasięgu mojego wzroku po jednej tylko stronie półwyspu... i naliczyłem ich aż 19! Można powiedzieć, że pod tym względem jest tu tłoczno :-). Z drugiej strony to właśnie dzięki temu to miejsce jest tak zamożne. I widać to na każdym centymetrze tego miejsca. Wszystko jest zadbane, czyste, oznaczone i drogie. Widziałem parę salonów Mercedesa, za to nie widziałem ani jednego bezdomnego. Jednak to przyroda jest tu najpiękniejsza. Gibraltar to jedyne miejsce w Europie, w którym na wolności, właśnie na tej wielkiej górze, żyją małpy! Szok, prawda? Ja się o tym dowiedziałem dopiero, jak je zobaczyłem :-). Schodzą czasem na dół poszukać jedzenia w śmietnikach. Na górze na pewno jest ich dużo więcej, niestety nie było mi dane tam wjechać. Chociaż sama góra ma tylko 426 metrów wysokości, to jest bardzo stroma i droga, która tam prowadzi wznosi się z jednego krańca na drugi, więc wejście tam trochę trwa. A mi samo obejście tego półwyspu zajęło 6-7 godzin (przeszedłem dzisiaj 22 km :-), sam półwysep po linii prostej ma około 6 km długości). Jest co prawda możliwość wjazdu na górę kolejką linową (8 GBP), ale dzisiaj była nieczynna ze względu na silny wiatr. Będę miał przynajmniej powód, by wrócić w to piękne miejsce. Szczególnie, że w tej górze jest kilkadziesiąt jaskiń, rezerwat przyrody i masa korytarzy stworzonych na potrzeby militarne. Powiem jedno: to miejsce jest obowiązkowym punktem zwiedzania, gdy się jest w pobliżu. Warto tu się wybrać nawet tylko po to, by tylko to jedno miejsce zobaczyć (bez auta warto zostać tu na minimum 2 dni, żeby wszystko obejść dokładnie). Spotkałem dzisiaj chyba z 3 spore grupki Polaków, więc chyba to miejsce ciekawi rodaków i bardzo dobrze, bo jest jednym z piękniejszych, jakie widziałem. I nie dziwię się już, że były tu tak zaciekłe walki o to miejsce (Hiszpania do tej pory chyba się boczy o to miejsce na Brytyjczyków). I cieszę się, że mam możliwość poznawać historię i kulturę tych wszystkich odwiedzonych krajów na własne oczy. To dużo lepsze niż lekcje geografii czy historii w szkole. Np. nikt ze szkoły się nie dowie, że Gibraltar to jedyna brytyjska kolonia, w której jest ruch prawostronny :-). Dopiero po 2 godzinach, zauważyłem, że coś jest nie tak w tym temacie, gdy wcinałem na przystanku autobusowym pyszne rogaliki nadziewane czekoladą, popijając je mlekiem o smaku waniliowym :-).

sobota, 23 marca 2013

Algeciras

Już jestem w Europie :-). Bonjour zamieniło się w Hola, dirhamy zmieniły się w euro (a razem z tym przelicznik wszystkich cen razy 4 zamiast dzielone na 3, jak było dotychczas - bolesne przeżycie w sklepie :-)), na ulicach prawie nie ma ludzi, a sklepy już o 14 w sobotę są pozamykane, nikt nie próbuje mnie rozjechać na pasach, wręcz przeciwnie, auta się zatrzymują, jak tylko widzą, że do pasów się zbliżam, nikt tu nie jeździ pod prąd, nie trąbi, nie ma straganów, jest cisza, spokój, czasem słychać tylko skrzeczenie mew, za to krajobraz ładniejszy - dookoła dużo zielonych wzgórz. Tak krótki dystans dzieli te dwa kraje, a tak duża różnica we wszystkim.
Miasteczko portowe Algeciras, chyba zajmuje się głównie przeładunkiem towarów, bo gdzie nie spojrzeć to same doki i dźwigi, w sumie nic ciekawego. Ot miasteczko, jak wiele innych. I do tego przywitało mnie dzisiaj lekkimi opadami, więc nie zachęca do spacerów, choć zrobiłem spore kółeczko dookoła portu, żeby nie było, że odpuszczam ;-p. Jednak jestem tu tylko przejazdem. Zatrzymałem się tutaj, żeby zobaczyć jutro Gibraltar i zastanowić się, po co Wielkiej Brytanii ten kawałek ziemi. Niestety ceny na Gibraltarze za noclegi są, z tego co się zorientowałem, kolosalne w porównaniu nawet z dość drogą Hiszpanią, więc dużo bardziej opłaca się te 10 km dojechać tam autobusem, zwiedzić przez cały dzień i wrócić do pensjonatu. Do tego Algeciras jest też dobrą bazą wypadową m.in. do Sevilli do której za dwa dni zamierzam się udać. Oby tylko pogoda się troszkę polepszyła. Jeśli chodzi o hotele, jest tu jeden obok drugiego a ceny za pokoik to około 10 euro za dobę. Odległość od PKSu 100 metrów, więc lokalizacja dobra :-). Zobaczymy jutro, co tam ciekawego jest na bym brytyjskim skrawku ziemi :-)