Ostatnie miasto w mojej dwumiesięcznej podróży :-). Wypadłoby i o nim coś napisać :-). W zasadzie zamierzam spędzić tu czas przede wszystkim na odpoczynku, bo to była dość wyczerpująca podróż i przyda się na koniec trochę leniuchowania :-). Niemniej po mieście się przejechałem, żeby nie było, w końcu skoro już tu jestem, to warto je zobaczyć. Przypomina trochę Miami, ale jakby zabudowa była niższa i jest bardzo szeroko rozstrzelone. Niby hotel mam dość blisko centrum, ale do serca downtown mam dobre 17 km :-). To, co jest najpiękniejsze w tej okolicy, to setki jezior. Spójrzcie na mapę, całe miasto, wręcz cała okolica, obsypana jest dziesiątkami mniejszych i większych jeziorek :-). Przeuroczo to wygląda, zwłaszcza, że nie są zapuszczone i zostawione same sobie, ale są naprawdę zadbane, trawka jest przycięta dookoła, na wielu z nich na środku jest jakaś fontanna i deptaki. To miasto jest również centrum największych parków rozrywki. Są tu Legoland, Disney Studio, Universal Studio i wiele innych znanych parków. Liczba turystów jest równie ogromna, więc ceny biletów sięgają dobrze ponad 150 USD za dzień. To lekka przesada nawet dla mnie ;-p. Cieszę się, że byłem w parkach gdzie indziej :-). Ceny w tym mieście w ogóle mam wrażenie, że są ciut wyższe, no ale to Floryda, więc chyba nie ma co się dziwić. W każdym razie miasto słynie z wielu atrakcji turystycznych i jest tu co robić. Mi jednak wystarczy basen w hotelu i przez kilka dni tutaj nie zamierzam robić zupełnie nic :-).
"Spełnienie Własnej Legendy jest jedyną powinnością człowieka" - Paulo Coelho
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą floryda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą floryda. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 maja 2015
niedziela, 10 maja 2015
NASA!!!
Jestem już w Orlando, za 2 dni muszę oddać auto do wypożyczalni, więc mimo męczącej podróży, właśnie na dzisiaj miałem zaplanowaną wizytę w najbardziej ekscytującym miejscu - Kennedy Space Center na przylądku Canaveral. Uwierzycie? Najprawdziwszy ośrodek badań kosmicznych NASA!
To nie tylko muzeum! Stąd właśnie wystrzeliwuje się promy kosmiczne, satelity, rakiety wynoszące ludzi na stację kosmiczną. To właśnie tu tworzyła się historia badań kosmicznych naszego Wszechświata! Cóż za pasjonujące miejsce! Koszt 53 dolary za bilet i 10 dolarów za parking, warte każdego centa! Cała ta kwota uzyskana z biletów idzie na utrzymanie tego ośrodka, podobno nie są finansowani pod tym względem z podatków. To tu stworzono teleskop Hubble’a, który dostarcza nam wiedzy o istniejącym wszechświecie, pokazuje fizyczne procesy tworzenia się i rozpadania gwiazd i badając początki wszechświata od Wielkiego Wybuchu. Stąd wystartował Voyager-1, który niedawno opuścił nasz układ planetarny!!! Tu również tworzy się technologia pozwalająca lądować na kometach i asteroidach, by móc pobrać z nich próbki, dzięki którym będzie można wytłumaczyć w jeszcze lepszy sposób, proces powstania naszego świata. To miejsce to pasja. Pasja wszystkich ludzi, dla których „sky is not the limit”. Myślicie, że zobaczyć Statuę Wolności to przeżycie? W porównaniu do rakiety Saturn V, realizującej program Apollo, w której zmieściłyby się dwie takie Statuy, to jest nic. Była tak długa, że zdjęcia trzeba by robić w trybie panoramicznym, by ją cała zmieścić na jednym. Discovery, Challenger, Columbia – te nazwy zna chyba każdy. A do tego wszystkiego możliwość zobaczenia na żywo promu Atlantis!!! Można po prostu popłakać się ze szczęścia :-). A jakie filmy 3D! O teleskopie Hubble’a po prostu powalało na kolana, czułem się jakbym był w środku kosmosu. Film ze startu promu Atlantis, film o pierwszych krokach po Księżycu? Aż się trzęsły fotele, gdy maszyna startowała :-). Serio! Pasja! Pasja! Pasja!!! Potęga tych wszystkich rakiet jest powalająca! Jedna z nich miała 5 wielkich dysz, w których spalało się paliwo rakietowe. Każda z nich była przynajmniej wielkości przeciętnego mieszkania! Równie fascynująca była przejażdżka autobusem i możliwość obejrzenia stanowisk startowych tych rakiet oraz maszyny do przewożenia rakiet o nazwie Mobile Launcher Platform (MPL). Ten pojazd waży ponad 6 milionów kilogramów!!! Ma ponad 10 000 koni mechanicznych, ale jego prędkość z promem na platformie wynosi zaledwie 1,5 km/h :-). I wreszcie gwiazda tego miejsca - Vehicle Assembly Building (VAB). Swego czasu budynek z największą kubaturą na świecie (aktualnie na 6 miejscu). Zmieściłyby się w nim 3 Empire State Building. I choć wygląda niepozornie, to jak się przyjrzycie fladze namalowanej na nim… każdy pasek jest podobno wielkości dwupasmowej autostrady. Wszystko jest tu niewyobrażalnie wielkie i potężne. A jednak, gdy ogląda się zdjęcia z kosmosu, które robią urządzenia stworzone przez tych pasjonatów, nachodzi mnie tylko jedna myśl… jesteśmy jak pyłki.
To nie tylko muzeum! Stąd właśnie wystrzeliwuje się promy kosmiczne, satelity, rakiety wynoszące ludzi na stację kosmiczną. To właśnie tu tworzyła się historia badań kosmicznych naszego Wszechświata! Cóż za pasjonujące miejsce! Koszt 53 dolary za bilet i 10 dolarów za parking, warte każdego centa! Cała ta kwota uzyskana z biletów idzie na utrzymanie tego ośrodka, podobno nie są finansowani pod tym względem z podatków. To tu stworzono teleskop Hubble’a, który dostarcza nam wiedzy o istniejącym wszechświecie, pokazuje fizyczne procesy tworzenia się i rozpadania gwiazd i badając początki wszechświata od Wielkiego Wybuchu. Stąd wystartował Voyager-1, który niedawno opuścił nasz układ planetarny!!! Tu również tworzy się technologia pozwalająca lądować na kometach i asteroidach, by móc pobrać z nich próbki, dzięki którym będzie można wytłumaczyć w jeszcze lepszy sposób, proces powstania naszego świata. To miejsce to pasja. Pasja wszystkich ludzi, dla których „sky is not the limit”. Myślicie, że zobaczyć Statuę Wolności to przeżycie? W porównaniu do rakiety Saturn V, realizującej program Apollo, w której zmieściłyby się dwie takie Statuy, to jest nic. Była tak długa, że zdjęcia trzeba by robić w trybie panoramicznym, by ją cała zmieścić na jednym. Discovery, Challenger, Columbia – te nazwy zna chyba każdy. A do tego wszystkiego możliwość zobaczenia na żywo promu Atlantis!!! Można po prostu popłakać się ze szczęścia :-). A jakie filmy 3D! O teleskopie Hubble’a po prostu powalało na kolana, czułem się jakbym był w środku kosmosu. Film ze startu promu Atlantis, film o pierwszych krokach po Księżycu? Aż się trzęsły fotele, gdy maszyna startowała :-). Serio! Pasja! Pasja! Pasja!!! Potęga tych wszystkich rakiet jest powalająca! Jedna z nich miała 5 wielkich dysz, w których spalało się paliwo rakietowe. Każda z nich była przynajmniej wielkości przeciętnego mieszkania! Równie fascynująca była przejażdżka autobusem i możliwość obejrzenia stanowisk startowych tych rakiet oraz maszyny do przewożenia rakiet o nazwie Mobile Launcher Platform (MPL). Ten pojazd waży ponad 6 milionów kilogramów!!! Ma ponad 10 000 koni mechanicznych, ale jego prędkość z promem na platformie wynosi zaledwie 1,5 km/h :-). I wreszcie gwiazda tego miejsca - Vehicle Assembly Building (VAB). Swego czasu budynek z największą kubaturą na świecie (aktualnie na 6 miejscu). Zmieściłyby się w nim 3 Empire State Building. I choć wygląda niepozornie, to jak się przyjrzycie fladze namalowanej na nim… każdy pasek jest podobno wielkości dwupasmowej autostrady. Wszystko jest tu niewyobrażalnie wielkie i potężne. A jednak, gdy ogląda się zdjęcia z kosmosu, które robią urządzenia stworzone przez tych pasjonatów, nachodzi mnie tylko jedna myśl… jesteśmy jak pyłki.
Na Centrum Kosmiczne trzeba zaplanować minimum 6 godzin. A najpiękniejsze jest to, że miejsce najnowocześniejszych technologii sąsiaduje a w zasadzie jest w parku Canaveral National Seashore. Jadąc tu busem (z którego oczywiście nie można wysiąść oprócz wyznaczonych miejsc), można po drodze zobaczyć żółwie, sępy, aligatory, czaple i wiele innych zwierząt.
Powiem wprost… to miejsce chyba największych pasji, jakie w życiu widziałem. To jest miejsce, w którym nie da się być niepokornym. To jest miejsce, gdzie kończy się religia, a zaczyna się najbardziej zaawansowana nauka. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział miejsce o porównywalnym poziomie fascynacji otaczającym nas Wszechświatem. Miejsce, w którym marzenia:
Powiem wprost… to miejsce chyba największych pasji, jakie w życiu widziałem. To jest miejsce, w którym nie da się być niepokornym. To jest miejsce, gdzie kończy się religia, a zaczyna się najbardziej zaawansowana nauka. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział miejsce o porównywalnym poziomie fascynacji otaczającym nas Wszechświatem. Miejsce, w którym marzenia:
zamieniają się w rzeczywistość:
wtorek, 31 marca 2015
St. Petersburg i atrakcje Tampy
Poniedziałek i wtorek minął mi w zasadzie głównie na spacerach.
W zasadzie, co więcej można tu robić? Najpierw zajrzałem do Boyd Hill Nature
Park – miejsce świetne, ale niestety zamknięte w poniedziałek, co za pech :-).
Ale okazało się, że obok jest publiczne pole golfowe, z pięknie skoszoną
trawką, pośród kilkudziesięciu posesji z pięknymi amerykańskimi domkami.
Naprawdę urocze miejsce. W środku jest jakieś jezioro, park itp., niestety w
poniedziałki są jakieś prace konserwacyjne, szkoda. Niemniej to i tak fajne
miejsce – park natury niemal w centrum miasta :-).
St. Petersburg – znajduje się tuż obok Tampy, na południu. Kurczę,
pięknie tu :-). Mało osób, ładna architektura, urocze miejsce na spacerek :-). Nie
jest to może jakoś specjalnie ekscytujące, ale można miło spędzić tu czas.
Tampa Lowry Park Zoo! – To jest absolutny hit tego miejsca!
W wielu różnych zoo byłem, ale tak niesamowitego wystroju, tak oryginalnych,
rzadko spotykanych zwierząt i takiej interaktywności, to jeszcze nie widziałem!
Fantastyczne miejsce i na pewno zaliczę je do MUST SEE tego obszaru. Bilety są
dość drogie – 27 USD, ale zdecydowanie warto!
Ybor City – tutaj najlepiej przyjechać na wieczór, wtedy to
miejsce ożywa! Ja przespacerowałem się tu i w dzień i wieczorem. W dzień jednak
jest tu kompletnie spokojnie, niewiele się dzieje. Przez chwilę miałem wręcz
wrażenie, że nadanie temu miejscu miana atrakcji turystycznej jest małym
nieporozumieniem :-). Jest to dzielnica słynąca swego czasu z produkcji cygar.
Cóż za niespodzianka, gdy się okazało… że oni je tu nadal produkują! Ale nie
jakąś fabryczną metodą, jaką robi się np. papierosy. Tu się je skręca ręcznie,
jak za starych czasów :-). Co prawda nie są to uda seksownych kubanek ;-p, ale
zobaczenie tego procesu jest fajnym przeżyciem. Można dosłownie z ulicy wejść
do zakładu, gdzie się je skręca i zrobić sobie zdjęcie. Oczywiście całe to miejsce
wręcz obfituje w salony z cygarami, często sprowadzanymi również z innych
części świata. Co kilka metrów są bary i puby dla fanów cygar, nawet są porobione
specjalne saloniki, gdzie się można nimi delektować. Jednak dopiero wieczorem,
gdy robi się ciemniej, a cały ten cygarowy klimat zaczyna łączyć się z
rozbrzmiewającą zewsząd muzyką, dopiero wtedy czuć, jakie jest niesamowite. Fantastyczne miejsce. Aaa i miałem też okazję
spróbować najlepszego na świecie Cuban Sandwich. Okazało się, że robił go marynarz,
który 40 lat wcześniej był w Gdyni w jakimś rejsie. Wiecie, że ten facet
wszystko pamiętał z takimi szczegółami, że chyba z 15 minut wspominał, co tam
wtedy robił? :-) Fajne to jest, przychodzisz kupić sobie coś do jedzenia, a
ktoś przez tą chwilę, gdy przygotowuje posiłek, nie jest sprzedawcą, tylko świetnym
kompanem do rozmowy. Bardzo mi się to podobało. Całe to miejsce, szczególnie
wieczorem, ma swoją magiczną i niepowtarzalną atmosferę, naprawdę warto tu
zajrzeć.
A teraz czas na podróż do kolejnego miasta. Oddalone jest aż
o 1000 km (co w zasadzie tutaj jest normą). Plan jest taki, żeby ten dystans
pokonać w nocy. Szkoda dnia na podróż, no i odejdzie koszt noclegu + zaleta, że
na drogach będzie pusto. Pora ruszać :-).
poniedziałek, 30 marca 2015
Tampa
To raczej mało znane w naszym kraju miasto. W zasadzie nie
ma tu zbyt dużo ciekawych rzeczy, dlatego będę tu raptem 2 dni. Wybrałem je,
między innymi dlatego, że jest w połowie drogi z Key West do Nowego Orleanu,
gdzie zmierzam. Sęk w tym, że tutaj odległości między miastami często są rzędu
1000 km. Dlatego warto większe odległości podzielić, żeby się nie zamęczyć, a
przy okazji zobaczyć mniej znane miejsca. Wczoraj podróż tutaj trwała prawie 8
godzin. Po drodze oczywiście było też trochę zwiedzania. Myślałem, że podróż
przez Everglades będzie bardziej fascynująca, ale tam głównie był ciągnący się
w bagnach las. Ciekawostką w sumie była możliwość oglądania krokodyli, żyjących
na wolności, wylegujących się w bajorkach przy parkingach :-). Potem bardzo
ładnie było w Fort Myers, przez który jechałem przy okazji odwiedzin na
wysepkach Sanibel Island. Znają je chyba wszyscy tutaj. Nie wiadomo dlaczego,
ale właśnie na plaże tych wysp Ocean wyrzuca dziesiątki tysięcy muszli! Jest
ich tutaj tak dużo, że nikt tu się praktycznie nie kąpie – wszyscy zbierają
muszelki :-). Bardzo mi się skojarzyła ta wyspa z miejscowością Konstanta w
Rumuni, gdzie również jest coś takiego. Po prostu tysiące, tysiące muszelek
:-). Zawsze jakieś zbieram na pamiątkę z różnych plaż świata, więc nie mogłem
odpuścić takiego miejsca :-). Potem wielka niespodzianka. W jednym z hosteli,
ktoś powiedział, że najpiękniejsza plaża USA znajduje się w miejscowości
Sarasota. Przejeżdżałem tuż obok, więc czemu tego nie sprawdzić? Jeszcze nigdy
nie widziałem tak drobnego, śnieżno-białego piasku! Był drobniutki jak mąka.
Jak się po nim szło, to skrzypiał jak śnieg! Sama plaża miała chyba ze 100
metrów szerokości. Żałuję, że dojechałem na nią dopiero po zachodzie słońca. I
niestety nie mogłem też za długo zostać, ze względu na rezerwację hotelu w
innym mieście. Niemniej uważam, że to miasto powinno być odwiedzone
obowiązkowo, przez wszystkich planujących wycieczkę w ten obszar. Nawet nie
dyskutuję z faktem, że to plaża nr 1 – potwierdzam zdecydowania. Ale oprócz
niej, miasto oferuje świetną atmosferę, naprawdę warto tu zawitać. I tym
sposobem znalazłem się w mieście Tampa :-). Dzisiaj niedziela, więc po długiej podróży
w planie był relaks na plaży w Caladesi Island State Park. Wstęp tutaj kosztuje
8 USD… i były to najgorzej wydane pieniądze, jak dotąd. Nie ma tu kompletnie
nic oprócz wąskiej, brzydkiej, kamienistej plaży i odrobiny wyschniętej trochę zieleni.
Absolutnie nie polecam tego miejsca. Nie warto. Co nie oznacza, że nie
odpocząłem :-D.
piątek, 27 marca 2015
Wodne szaleństwa
Koszt 119 dolarów wydawał się mały i duży jednocześnie. Ale przecież marzenia nie mają ceny! Za kilka lat będę pamiętał to, co zrobiłem, co przeżyłem, a nie to, ile na to wydałem. I najważniejsze żałowałbym tego, czego nie zrobiłem a nie tego, co mi się udało przeżyć. Nie miałem więc najmniejszych wątpliwości, że ten wydatek jest jak najbardziej zasadny. Nie wiedziałem tylko, jak super będzie! I było zajebiście! To jedno z najlepszych doświadczeń mojego życia. To, że uwielbiam roller costery, bungee, spadochrony i inne ekstremalne rzeczy, to już wszyscy wiedzą, ale jak na złość, jeszcze nigdy do tej pory nie doświadczyłem jazdy na Jet Ski – skuterze wodnym. Oczywiście byłem pierwszy w kolejce do tej atrakcji, jakżeby inaczej :-p. Maszyna wydawała się dużo większa niż do tej pory sobie ją wyobrażałem. Usiadłem z przejęciem, pozapinałem co trzeba, włączyłem silnik i się zaczęło :-). Co za moc w tym drzemie! Ale nawet przez chwilę nie chciałem puszczać przycisku z gazem, aż mnie palec bolał ;-p. myślałem, że mi urwie głowę! Tysiące słonych kropli uderzało w twarz, wiatr aż rozpłaszczał policzki, uśmiechałem się do siebie szczęśliwy, bo oto stało się – kolejne marzenie udało się zrealizować! Latami na to czekałem i wreszcie się udało! Ujeżdżałem Ocean :-). Mógłbym tak cały dzień, ale oczywiście następni już czekali w kolejce. Zdjęcia z atrakcji kosztowały kolejne 30 USD, ale warto było :-).
Wróciliśmy na katamaran, którym nas wywieźli kilka mil od brzegu, by móc zrealizować te atrakcje. Kolejną atrakcją był parasailing – wielki spadochron, do którego jest się podwieszonym jak na siedzeniu, który jest ciągnięty przez motorówkę na pełnej prędkości na linie długości chyba z 300 metrów. Silne szarpnięcie ściągnęło spadochron za łódź, na chwilę zanurzyło mnie do wody i wyrwało do góry kilkadziesiąt metrów nad wodę. Co za widok! Motorówka zrobiła się taka malutka, z daleka było widać dziesiątki małych wysepek w zielonkawej wodzie oceanu, niepowtarzalny widok! Wszystko kamerowałem oczywiście aparatem wodoodpornym… chwileczkę… gdzie on się podział? Podczas gdy motorówka zwijała linę, na chwilkę zwolniła, by w ramach atrakcji latający na spadochronie, zanurzył swój tyłek w wodzie :-). Sęk w tym, że uderzenie było niegroźne, ale tak silne, że aparat po prostu wyrwało mi z ręki! Wszystko trwało ułamek sekundy, zorientowałem się, jak już było po wszystkim, gdy wyciągnąłem z wody pustą dłoń. Mimo zawiązania aparatu dookoła dłoni, nic to nie dało. Pękł metalowy zaczep! Przyznam, że z wielkim zdziwieniem patrzyłem na pustą dłoń, próbując się zorientować, co się właśnie stało :-). Zawsze jakieś straty są, ale takie coś zdarzyło mi się pierwszy raz. Aparat został na dnie oceanu, filmując pewnie dalej pływające wokół rybki, a motorówka pojechała dalej. Pozostałe atrakcje nie były już tak ekscytujące, więc nie skupiałem się na nich jakoś szczególnie. Kajaki, deski, snorkeling, wspinaczki na jakieś wodne dmuchane ślizgawki… ja jednak w głowie miałem jedno… jak się jeszcze raz wkręcić na Jet Ski :-D. Zagadałem do organizatora i okazało się, że potrzeba 4 osób, by odwieźć te skutery do mariny :-). Byłem przeszczęśliwy :-). Tym razem w okularach, żeby lepiej widzieć przy tak silnym wietrze, oczywiście na pełnym gazie (myślę, że około 80 km/h) popłynęliśmy do mariny. Polecam spróbowanie tego każdemu! Jest warte każdych pieniędzy. To był niesamowity dzień! Ależ szkoda będzie to miejsce opuszczać! To jest miejsce, które koniecznie trzeba odwiedzić, będąc w USA.
Będąc tutaj już prawie 2 tygodnie zauważyłem jeszcze jedno. Mamy w Polsce ciemnogród i bardzo małomiasteczkowe spojrzenie na wszystko. Jesteśmy małostkowi, jako naród i jako pojedynczy ludzie. Tu jest zupełnie inaczej, nikt z niczym się nie p****. Wszystko jest robione z rozmachem, wszystko jest największe, najlepsze, najfajniejsze, najzabawniejsze, naj, naj, naj… jak ktoś ma na coś ochotę, to bierze i robi, np. wstawia sobie gigantyczne koła do małego auta, albo kupuje pickupa wielkości ciężarówki z resorami na metr wysokości i nie przejmuje się tym, że pali mu pewnie ze 30 litrów. Nikt się nie zastanawia, co powie sąsiad, czy znajomi. Po prostu robią tu to, na co mają ochotę i zawsze z rozmachem. Podróże kształcą i ja z tego miejsca chcę się właśnie tego od nich nauczyć, by brać z życia to, co najlepsze i nie zwracać uwagi na to, co mogą o tym pomyśleć inni. Moje życie, mój czas, chcę i robię, tak właśnie chcę żyć :-).
Key West pozostanie w mojej pamięci na zawsze, a przy każdym wspomnieniu tego miejsca, będę pewnie jeszcze bardziej je idealizował. Ale prawda jest taka, że jest wyjątkowe…
Key West!
Whaaaat?!!!! :-) Co to za
miejsce! Co za atmosfera! Co za klimat! Tu nie da się nudzić! Tu każdy dzień
jest zajebisty! Tu nie ma nic made in China! Wszystko jest niepowtarzalne,
takie amerykańskie, takie z rozmachem! …ależ, jak nigdy, brakuje mi słów, by to
miejsce opisać! Jest takie magiczne, niepowtarzalne i jak najbardziej słusznie
kultowe! Fakt, że ceny hosteli tutaj są wręcz karykaturalnie wyolbrzymione do
zupełnie niezasadnych rozmiarów (2-3 noce potrafią kosztować nawet około 1000
dolarów!). Fakt, że woda nie jest tu krystalicznie czysta, nawet powiem, że
zamulona. Plaże też są słabe, małe, krótkie, nic specjalnego. Jednak spacer po
tym miejscu po prostu wypełnia energią :-). Ale najlepsze zaczyna się na
wieczór… ożywa najwspanialsza tu ulica Duval Street. Pub przy pubie, bar obok
baru, każdy z własnym rodzajem muzyki na żywo, każdy jakby miał swoją własną
ekosferę. W jednym słychać jazz, innym blues, w kolejnym country, wszystkie
wypchane po brzegi świetnie bawiącymi się ludźmi. Oczywiście każdy z nich jest
ogromny. W jednym naliczyłem na ścianach 16 ogromnych telewizorów plazmowych i
na każdym leciał inny kanał :-). Kolejny bar był cały oklejony
jednodolarówkami! Między barami fantastyczne galerie obrazów i artefaktów.
Zdjęcia z autografami największych gwiazd – od Marylin Monroe, przez Michaela
Jacksona, po Freddiego Mercury. Od Obamy po Nixona. Jakbym się cofnął w czasie.
Następny sklep… tym razem to cukiernia… ale jaka! Pieczone jabłka w karmelu
obsypane orzeszkami, to najmniej smakowity z serwowanych tu smakołyków!
Oryginalność tych wszystkich miejsc ma taki rozmach, że po prostu nie wiadomo,
gdzie patrzeć. Chłonie się atmosferę tego miejsca, jak żadnego innego.
Na końcu wspomnianej ulicy jest
coś jeszcze. Plac Mallory Square – miejsce, w którym codziennie odbywa się
spektakl zachodzącego słońca. Najpierw atmosferę podgrzewają wszelkiej maści
akrobaci, żonglerzy, magicy sprzedawcy rękodzieła. Potem setki ludzi, niby
zahipnotyzowani, wpatrzeni w zachodzące słońce, trzaskają tysiące zdjęć. Wdycha
się głębiej powietrze, jakby się chciało poczuć zapach słońca. Czarujące
miejsce. Potem do zrobienia jest już tylko jedno – świetna zabawa w którymś z
setek pubów :-). Można też wybrać się do punktu Mile 0. To najbardziej
wysunięte na południe miejsce w USA. To właśnie stąd zaczyna się liczenie
odległości mil drogowych od miasta do miasta. Coś jak Przylądek Igielny :-).
Oczywiście warto wybrać się również na wybrane atrakcje, jak np. rejs statkiem
z open barem, ponchem i drinkami oraz reggae na żywo :-). Zabawa przednia :-).
Mam jednak nadzieję, że dużo lepsza będzie jutro, bo zapisałem się na 6 godzin
sportów wodnych – parasailing, skuter wodny, pływanie na bananie i chyba
jeszcze z 10 innych :-). Szaleństwo na całego :-). Nie zapomnę tego miejsca
nigdy, wiem to już teraz :-).
środa, 25 marca 2015
Key Biscayne
Dzisiaj leżakowanie na pięknej plaży (w zasadzie w obrębie
parku narodowego) na wysepce Key Biscayne. Wczoraj dzień spędziłem w dość
męczący sposób jak na faceta – na zakupach ;-p. Najpierw była wizyta w miejscu
o nazwie Wynwood Walls. Są to po prostu ściany pomalowane w graffiti. Szczerze
mówiąc dawno nie widziałem takiej porażki w temacie polecanego punktu
turystycznego. Może parę rysunków było ładnych, czy zrobionych nietypową
techniką, ale żeby robić z tego atrakcję turystyczną? To można by rzec, że
połowa Polski to atrakcja :-). Naprawdę nie polecam tracenia czasu na to
nikomu. Potem kolejny punkt porażka – Little Haiti. Nie wiem, czy byłem w złym
miejscu, czy w złym czasie, ale kompletnie nic tu nie ma. Podobnie jak
wspomniana niedawno Little Havana, tak i tutaj nie ma kompletnie nic. Puste
ulice, pojedyncze sklepiki z kreolskimi starociami, jakiś fryzjer, market,
pustka. Może jak jest tu jakiś festyn tej narodowości, to coś tu fajnego jest,
na co dzień bida z nędzą. Potem był punkt kluczowy dnia, zakupy w podobno największym
supermarkecie w USA – Sawgrass Mills. Trzeba przyznać, że był potężny, zrobiony
z rozmachem, jak z resztą większość rzeczy w Stanach. Prawie każdy sklep danej
marki był tak potężny, jak u nas przeciętny market typu Kaufland czy Tesco. Czasami
nie było widać końca hali. Tych sklepów było chyba 350 w 4 wielkich budynkach,
między którymi dodatkowo były bary, puby, place zabaw i salony gier (tak wyposażone,
że jeszcze nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Szedłem z rozdziawionymi
ustami z wrażenia :-). Co prawda ceny były równie kosmiczne, co samo miejsce, przez
parę godzin chodzenia, nie znalazłem dla siebie kompletnie nic. Byłem padnięty.
A tu jeszcze powrót do auta… szedłem na skróty, przez parkingi, przez trawniki…
przez prawie PÓŁ GODZINY! Jakiś koszmar :-p.
Dlatego tak, to był jak najbardziej powód, by dzisiaj leżeć
na plaży i nie robić nic :-). Wysepka jest śliczna, wjazd chyba jest darmowy.
Wszędzie pisali, że kosztuje 3 USD, ale nie było żadnych bramek, więc albo już
to zlikwidowali albo opłata była naliczana z elektronicznej winiety i rachunek przyjdzie
mi później. Natomiast płatny był wjazd na teren parku narodowego 8 USD. Na
miejscu jest piękna latarnia (można wejść na górę – oprócz wtorków i czwartków),
no i oczywiście plaża, długa, czysta, z lazurowo czystą wodą :-). Nic więcej
nie było potrzebne do szczęścia :-). Jutro pożegnanie z Miami i czas na
odwiedzenie najdroższego i najbardziej wysuniętego na południe miejsca w USA.
Miejsca – legendę :-).
poniedziałek, 23 marca 2015
Park Narodowy Everglades
To był dzień, w którym poczułem, że właśnie po te emocje tu przyjechałem :-). Z samego rana podróż prosto do serca bagien Everglades. To największy park narodowy na Florydzie, jakieś 6100 km2 – to mniej więcej połowa naszego województwa Śląskiego. W zasadzie to same mokradła, bez odpowiedniej łodzi pewnie nawet nie ma jak tam wjechać (oprócz kilku dróg przez ten obszar). Podobno najpiękniejszą i najbardziej adekwatną nazwę nadali temu obszarowi Indianie. Ten podmokły teren na południu Florydy nazwali “rzeka traw”. To, co przeciętny turysta postrzega, jako niekończące się bagno, jest w zasadzie najwolniej płynącą rzeką świata o szerokości 80 km, potrzebującej podobno aż miesiąca na przemierzenie południowej Florydy od ogromnego jeziora Okeechobee w środkowej części Florydy.
Wróćmy jednak do przygód :-). Wstęp do jednego z wielu operatorów na tych bagnach kosztował 23USD. W kolejce na szczęście trafili się jacyś przemili ludzie z kuponami zniżkowymi na 3$ :-). Kupony to w Stanach szaleństwo :-). Każdy szuka jakiś zniżek, upustów, ludzie chodzą z jakimiś książeczkami, wydzierają karteczki, po prostu szał rabatowy :-). Na początku wizyty w tym miejscu, Mario opowiedział o aligatorach i zrobił fajne show (zdjęcia z tego, już niedługo będą w galerii). Można było dziesiątki zarówno młodych, jak i dorosłych aligatorów zobaczyć w odpowiednich klatkach, sadzawkach i bajorkach. Świetna sprawa zobaczyć, jak włażą jeden na drugiego albo wylegują się na słońcu. Potem to, na co najbardziej wszyscy czekali - Airboat Tour po bagnach. Przejażdżka specjalnie przystosowaną łodzią z płaskim dnem i wielkim śmigłem z tyłu. To było szaleństwo :-). Nie dość, że była potwornie głośna, mimo używania słuchawek, to była tak szybka, że robiliśmy nią piruety, gdy kapitan się rozpędził i skręcił nagle w którąś stronę :-). Oczywiście wszyscy byli po chwili mokrzy od pryskającej wody :-). Przejażdżka trwała pół godziny, choć miało się wrażenie, że to były 3 minuty, tak zleciało :-). Zaskakujące jednak było to, że te łodzie wcale nie wiozły turystów, by sobie pooglądali dziko żyjące aligatory, tylko po prostu przewoziły ich po tych mokradłach dla fajnej zabawy. Po drodze owszem były jakieś małe aligatorki, nawet legwany na drzewach, ale nic ponadto. Oczywiście zabawa była przednia, czułem, że żyję i że właśnie po te emocje tu przyjechałem :-). Po powrocie na brzeg, było jeszcze karmienie aligatorów :-). Niestety kurczaki były już martwe ;-p, szkoda, dopiero byłaby zabawa gdyby setka wygłodniałych bestii rzuciła się na biegające KFC :-). Na koniec był pokaz węży, również bardzo interesujący. Zarówno małe aligatorki, jak i węże można było wziąć w ręce i nacieszyć się przez chwilę :-). Aaa, w przerwie można było sobie jeszcze skosztować Gator Burgera z mięsem tych zwierząt (cena 7$!), ale kto będąc tutaj nie chciałby spróbować? Smak tego mięsa trochę przypomina kalmary, może jest odrobinkę twardsze i mniej gumowe, ale całkiem nie najgorsze :-).
Na sam koniec, w drodze do hostelu, postanowiłem zrobić postój w dzielnicy Coconut Groove, gdzie wokół pola golfowego Biltmore Golf Course, są pobudowane przepiękne domki (pewnie bogatszych obywateli), a wszystko w scenerii parku palmowego ze ślicznym kościołem Church of the Little Flower i królującym nad tym wszystkim ogromnym, zaskakująco wyniosłym Biltmore Hotel. Wszystko w promieniach zachodzącego słońca było po prostu magiczne!
Cudowny to był dzień, dostałem więcej niż oczekiwałem, jestem szczęściarzem :-).
piątek, 20 marca 2015
South Beach
O tym miejscu marzy chyba każdy :-). Błękitna, przeźroczysta woda, kilometry pięknych plaż, słońce... a Wy pewnie siedzicie w pracy :-))). Prawda jest taka, że każdy, bez większego problemu i wcale nie drożej niż nad Bałtykiem, może tu sobie przylecieć i odpoczywać. Mam do plaży jakieś 10 minut spacerkiem przez uliczki pełne sklepów, barów i pubów. Wciąż do mnie nie dociera, że tu jestem. To doświadczenie jest takie mistyczne. Wielka Ameryka, nieosiągalne Miami... a ja najzwyczajniej w świecie spaceruję sobie jego uliczkami. To tak banalnie proste. Aż mi głupio, że dopiero teraz tu dotarłem :-). No, ale nie można być wszędzie na raz. Wczoraj zgodnie z planem poszedłem pobyczyć się na plażę. Byłem może z 3 godziny. W nocy nie mogłem się dotknąć, tak mnie skóra piekła od słońca ;-p. Dzisiaj chodzę tylko w cieniu wieżowców, teraz wiem, do czego mogą być przydatne :-). Sama plaża, cóż, zatłoczona, ale bardzo przyjemna:
Czas się tu spędza bardzo miło :-). To, co mnie dziwi - nikt tu nie uprawia sportów wodnych. Nie ma surfingu (fale nie są zbyt duże), ale nie ma też żaglówek, windsurfingu, nic. Nikt nawet nie snurkluje, choć może i nie ma po co, bo przy plaży nie ma żadnych raf ani kolorowych rybek. Wiele osób biega przy plaży, naprawdę mam wrażenie, że więcej osób biega niż chodzi ;-), ale sporty wodne? Oprócz możliwości wypożyczenia skutera wodnego, to nic więcej się tu nie dzieje. No chyba, że ktoś jest milionerem i jedna z tych łodzi należy do niego, to wtedy oczywiście pewnie jakoś lepiej organizuje sobie czas wolny :-).
Mi jednak podoba się szczególnie deptak, z którego można oglądać fantastyczne zachody słońca na tle budynków Miami. To za każdym razem magicznie mnie oczarowuje, gdy ma się wrażenie, że słońce patrzy prosto na mnie, tworząc na wodzie ścieżkę migocących złocistych promieni w moim kierunku :-). Nic tylko zastanawiać się nad sensem życia, albo... delektować się szczęściem, jakiego właśnie się doświadcza :-). Bo jak to mawiał ktoś mądry: "na szczęście trzeba sobie pozwolić" :-).
czwartek, 19 marca 2015
Downtown Miami
Pierwsze dni miałem się opalać i odpoczywać, ale ja jakoś chyba nie umiem ;-p. Wczoraj i przedwczoraj przeszedłem na piechotę 30 km, żeby zobaczyć jak najwięcej :-). Najwięcej się chyba dzieje w Downtown - centrum miasta. Wieżowce piętrzą się pod samo niebo, ale przestrzeń tutaj dookoła jest tak ogromna, że choć tych budynków są setki, to nie czuć przytłoczenia betonem. Przy marinie, oprócz wysepek dla milionerów jest bardzo fajny jarmark Bayside Marketplace. Ceny i produkty nie są jakieś unikatowe czy niskie, ale miejsce ma fajną atmosferę :-). Odwiedziłem też dzielnicę Little Havana, niestety aktualnie jest wielkim placem budowy. Oprócz kilku knajpek, nic ciekawego się tu nie dzieje. Ciekawostką jednak jest to, że można tam dojechać darmowym transportem o nazwie Metromover. Są to bezobsługowe wagoniki jeżdżące zupełnie automatycznie bez motorniczego. Widziałem już takie chyba w Melbourne. Suną napędzane prądem po szynie mniej więcej 2 piętra nad ziemią. W każdym jest darmowe Wi-Fi. Czyste, zadbane, jeżdżą szybko, często i bez problemów. Czemu u nas czegoś takiego nie ma?
Po dwóch dniach w tym pięknym miejscu mam już trochę spostrzeżeń, z którymi chętnie się podzielę :-). Internet jest tu bardzo dobrej jakości i dostępny powszechnie. Na lotniskach, w parku przy hotelach potrafi złapać zasięg, w wagonikach powyżej, w restauracjach i knajpach. Praktycznie wszędzie jest. Tak samo jest z wodą do picia, co mi się bardzo podoba! W wielu miejscach publicznych, przy większych marketach, przy niektórych hotelach, przy plaży, w parkach... ot tak sobie stoją takie baterie z bieżącą wodą do picia. Genialne i proste rozwiązanie. Nie trzeba nosić wody ze sobą, po prostu jest zawsze dostępna dla wszystkich. Jeśli chodzi o Florydę to dostępny dla wszystkich jest też język hiszpański :-). Praktycznie słychać go na każdym kroku, czasem nawet częściej niż angielski. Napisy i komunikaty też są często po hiszpańsku. Aaa, no właśnie napisy - te są absolutnie wszędzie na temat wszystkiego. Standardem są znaki drogowe - niemal wszystkie są w formie napisu, a to że jest tu ścieżka dla rowerzystów i żeby podzielić się z nimi drogą, a to, że droga jest jednokierunkowa czy, że należy coś zrobić zgodnie z przeznaczeniem produktu. Po prostu wszędzie instrukcje i komunikaty :-). Nawet, że pizza podgrzana w mikrofali jest gorąca :-). Najciekawsze jednak są dla mnie napisy czy oznaczenia kierunków świata. U nas nie stosuje się zupełnie czegoś takiego, że np. jedziemy na północ Warszawy, albo na zachód Wrocławia. Tymczasem tutaj wszystko jest South, North, East lub West. Autobus nie ma numeru tylko np. literkę S i jedzie w kierunku South Beach. Nie mam pojęcia skąd oni, w środku miasta między wieżowcami wiedzą, gdzie są kierunki świata, ale nawet drogi mają oznaczenia N czy S przy adresach. Z resztą, co do dróg, nie ma u nas też wielu marek samochodów, które tu po drogach jeżdżą. I mam na myśli nie tylko wybranych modeli np. Forda. Tu są wręcz marki, o których w Polsce nawet nie mamy pojęcia, że istnieją. Wiele modeli aut w ogóle widzę pierwszy raz na oczy :-). Widział ktoś w Polsce BMW i8? Tu takie jeżdżą :-). Sprawdźcie w Google jak to cacko wygląda :-).
U mnie jest dopiero 7 rano, w Polsce po 12. Dopiero zaczyna się kolejny dzień w tym cudownym klimacie, może uda mi się choć trochę przeleżeć go na plaży, zamiast ciągle gdzieś łazić :-). Zwłaszcza, że woda w oceanie jest cieplutka, a piasek biały :-).
środa, 18 marca 2015
Miami Beach
Jeszcze do mnie nie dociera, że
tu jestem :-). Nie wiem, czy to przez zmęczenie podróżą czy przez nadmiar
wrażeń otaczających mnie zewsząd. A jest tu totalnie wszystko, co wypełnia
stereotypowe znaki rozpoznawcze Ameryki: jeżdżą ogromne pickupy, ćwierćdolarówki
spotyka się wszędzie, powiewają amerykańskie flagi, jednostki miary podane w
milach, funtach i stopach, na ulicach sporo McDonalds’ów, w których można
spotkać bardzo otyłych ludzi, ale są też zmanierowane laseczki ze sztucznie
powiększonym biustem wysiadające z lamborghini. Ameryka w pigułce. Ale… nie wiem,
dlaczego i jak to się stało… natychmiast poczułem się tu, jak bym był u siebie
w domu :-). Tu jest tak naturalnie swojsko i tak niezwykle przyjemnie, że „być”
tu, to znaczy prawie tyle samo, co „żyć” tu :-). Pogoda jest cudowna, chyba nie
muszę tego nawet mówić, 30 stopni to tutaj norma. Ceny oczywiście koszmarnie
wysokie za wszystko, ale to akurat mnie nie zaskoczyło w ogóle :-).
Jak to możliwe, że się znalazłem
w tym pięknym miejscu? Sprawa jest dużo prostsza niż można by się spodziewać.
Płaci się za wizę około 600 zł, wizyta w konsulacie to była moim zdaniem
formalność, stojąc w kolejce parę godzin nie widziałem nikogo, komu by odmówili
jej wydania. Każdy odchodził od okienka uśmiechnięty (okienek jest koło 10, ale
ludzi multum, więc jednak trochę to trwa). Pani w okienku zapytała o cel
wizyty, o jakieś podstawowe pytania dotyczące życia – czym się zajmuję, czy mam
rodzinę, kogo znam w USA i gdzie tam jadę. Myślę, że jeśli ktoś naprawdę jedzie
zwiedzać a nie do pracy na czarno, to czuje się to już z daleka i wtedy żadnych
problemów nie ma. Grunt to dobrze się przygotować. Potem oczywiście
przygotowania do podróży, planuję być tu aż 2 miesiące, bo jednak jest tu co
zwiedzać, więc trzeba poświęcić sporo czasu na zapoznanie się z tymi miejscami
i opracowanie trasy, noclegów, atrakcji do zobaczenia.
Lot? O dziwo nie był wcale taki
najgorszy. Dało się wytrzymać te 10 godzin bez większego problemu. A może
dlatego, że to był Dreamliner? :-) Leciałem już, co prawda, bardziej
ekskluzywnymi samolotami, ale i tak leciało mi się teraz wyjątkowo dobrze. W
kabinie są specjalnie przystosowujące się światła w różnych kolorach, są szyby
przyciemniane w takim stopniu jak się chce (to naprawdę robi wrażenie, gdy
normalna szyba za dotknięciem guzika robi się coraz bardziej ciemna :-)), no i
najważniejsze – ciśnienie. W normalnym samolocie ciśnienie jest takie, jakbyśmy
byli na 2300 m. n.p.m. W Dreamlinerze jest to tylko 1800 m. n.p.m. Dzięki temu
tzw. jet lag - zespół nagłej zmiany strefy czasowej, przechodzi się dużo mniej
dotkliwie. Potem najgorszy stres… przejście przez punkt oficerów imigracyjnych.
Stałem w kolejce 3 godziny, zanim wszystkim zeskanowali palce i zrobili
zdjęcia. Przy okazji oczywiście wypytywali o cel podróży itp. Ogólnie nie ma
się czego obawiać, ale gdy przechodzi się to po raz pierwszy, to jednak jest
stres przed nieznanym. Niby jest się już na amerykańskiej ziemi, ale jeszcze
nie w USA :-). Na szczęście poszło gładko i tym sposobem jestem w Miami!!!!!!
Podróż z lotniska 30 mil od
Miami, do hostelu trwała 2,5 godziny! Wszędzie tu jest bardzo daleko, ogromne
dystanse w każdym kierunku. Pojechałem autobusem, bo na pierwsze dni nie ma
sensu wypożyczać auta, gdy będę się kręcił tylko na miejscu. I w sumie dobrze,
bo podróż była bardzo ekscytująca. Jechałem po 5 rano, więc ludzie już śmigali
do pracy. Migały po drodze uliczki Hollywood Boulevard, Washington Avenue,
Abbott Street, Ocean Drive… a całość po chwili zaczęły rozświetlać złoto-pomarańczowe
promienie słońca wschodzącego nad Atlantykiem. Magiczna chwila. Moja własna
:-). Właśnie po te chwile tu przyjechałem. Doświadczać, przeżywać, odczuwać,
czerpać wszystkimi zmysłami. A już za chwilę będę mógł dotknąć oceanu…
Subskrybuj:
Posty (Atom)





