Czasami myślę sobie jak to będzie, gdy będę ruszał… Jaki będzie ten dzień? A w zasadzie poranek. Ostatnia gorąca kawa, ostatni gorący prysznic, ciepłe tosty, koniecznie z ketchupem :-). Ciekawe czy będzie padać deszcz czy będzie słońce. Ruszę około 6 rano, więc pewnie będzie jeszcze chłodno. Ciekawe, jakie to uczucie, gdy się opuszcza dom, wiedząc, że opuszcza się go na bardzo długo…
"Spełnienie Własnej Legendy jest jedyną powinnością człowieka" - Paulo Coelho
piątek, 11 września 2009
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
A może pies?
Wszystko wskazuje na to, że w moją podróż udam się sam. Nie spotkałem jak dotąd nikogo, kto byłby gotów rzucić wszystko i jechać. Nie sądzę też, żebym jeszcze kogoś odpowiedniego spotkał. Nie tylko dlatego, że zostało już niewiele czasu na przygotowanie się, ale również ja muszę mieć czas taką osobę poznać, by móc jej zaufać. Jednak ostatnio wpadł mi taki trochę zwariowany pomysł do głowy, że mógłbym mieć psa. Pies to przyjaciel bezinteresowny, nie będzie narzekał, zawsze będzie radosny. Jak trzeba będzie to popilnowałby plecaka i czuwałby w nocy (ja mam z czuwaniem mały problem :-)). Mógłby być np. jakiś labrador czy amstaf albo owczarek. Coś inteligentnego i dużego. Tylko oczywiście nigdy nie może być "z górki". W jednym kraju uznają mojego psa za nieczystego, a w innym będą chcieli go zjeść :-). I jeszcze jak przyjdzie mi go zabrać gdzieś na łódź, to kto mnie tam z nim wpuści? No i nie wiem czy przypadkiem na niektóre wyspy nie trzeba będzie poddać
zwierzęcia
kwarantannie przy wjeździe. Hmm, ale jednak fajnie by było, gdyby się tak udało…
czwartek, 27 sierpnia 2009
Myślę… i myślę… i myślę…
Przeczytałem kilka blogów/opowieści z przeróżnych wypraw i to, czego mi w nich brakowało to opisu przygotowań. Praktycznie wszystkie rozpoczynały się od dnia, kiedy autor wyruszył. Tylko czy ktokolwiek z Was wierzy, że ktoś ruszył w tak długą podróż zupełnie bez żadnego przygotowania? Byłby głupcem moim zdaniem, ponieważ ilość rzeczy, które trzeba sprawdzić czy przemyśleć jest tak ogromna, że musiałem zaopatrzyć się w profesjonalny program do tworzenia notatek (polecam Microsoft OneNote), żeby się nie pogubić w tym wszystkim (Excel nie dawał już rady). Od paru tygodni moja głowa to istne centrum analizy informacji! Zaprezentuję Wam tu mały wycinek, żebyście wiedzieli jak ogromne jest to przedsięwzięcie. W życiu codziennym nikt o tym nie myśli, bo nie ma takiej potrzeby, ale w mojej głowie jest po prostu kocioł:
"Jaką drogę wybrać? Przez Rosję czy przez Turcję/Iran? Jeśli pójdę przez Rosję, będę miał prawdopodobnie większe możliwości zdobycia po drodze wody i pożywienia, ale za to będzie tam zimniej, więc dojdzie dodatkowe obciążenie w postaci ciepłych ubrań. Nie znam zupełnie rosyjskiego, jak się dogadam? Normalni ludzie mogą być przyjaźni, ale policjanci już nie koniecznie. Jeśli będę szedł w kierunku Syberii, to wyląduję w Mongolii, a to oznacza, że stracę możliwość obejrzenia dużej części Azji, albo będę musiał spory kawałek wrócić wstecz. Jeśli skieruję się w stronę Indii, to ominie mnie Shaolin, jeśli pójdę w stronę Hong-Kongu, to minie mnie zwiedzanie Indii, Tajlandii i tamtych obszarów. Czy można sobie tak zwyczajnie przejść przez Chiny? Jakie zagrożenie czeka mnie ze strony komunistycznych chińczyków? Może lepiej ominąć ten kraj i wstąpić tam tylko do paru największych miast? Jakie mam inne drogi? Jeśli ruszę w stronę Turkmenistanu, to trafię prosto na Afganistan/Pakistan, stamtąd mogę się już nie wydostać. Ta droga odpada ze względu na zagrożenie. Szczerze mówiąc, jak się dobrze zastanowić, to wszędzie poza Europą jest cholernie niebezpiecznie, jak nie ze strony dziwnych chorób, to z powodu biedy a przez to większej przestępczości, z powodu skorumpowanych funkcjonariuszy policji, z powodu ekstremistów religijnych, z powodu groźnych zwierząt (i nie mam tu na myśli tygrysów, tylko np. węże, trujące żaby, moskity, pająki, skorpiony…), z powodu trujących roślin… Jaka inna droga? Między morzem Czarnym a Kaspijskim można by było przejść, ale tam jest Gruzja. Dzisiaj już jest tam spokojnie, ale skąd mam wiedzieć, że jutro znowu nie wjadą tam rosyjskie czołgi? Odpada ze względu na zagrożenie. Pozostaje więc droga dookoła morza Czarnego, w stronę Turcji. Będąc w tych okolicach fajnie byłoby wstąpić do Dubaju, zobaczyć, co tam szejkowie stworzyli. Droga przez Irak odpada z wiadomych względów, Droga przez Iran też będzie średnio bezpieczna, a potem i tak trzeba by przeprawiać się morzem. Pozostaje droga przez Syrię, Jordanię i Arabię Saudyjską prosto do Emiratów. W dodatku arabski jeszcze mniej zrozumiem niż rosyjski. No i skąd ja wezmę na tej pustyni jedzenie? Przecież nie wezmę ze sobą zapasów do plecaka. Można by kupić jakieś auto ewentualnie, albo poszukać autobusu. Ale to też nie zmienia zbyt wiele. Jak dotrę do Bahrajnu to stamtąd brzegiem morza będzie już prościej. Tylko właśnie… jak dotrę. Biorąc pod uwagę ekstremizm Muzułmanów, może się okazać, że to nie będzie takie proste. Sam fakt, że jestem z Europy może być dla nich powodem do agresji. Ale co mam z tego powodu kupić sobie Koran i wciskać wszystkim po drodze, że jestem Muzułmanem? Bez sensu. Trzeba sprawdzić, jak to myślenie ma się do rzeczywistości. Tu trudnością będzie zdobycie pożywienia, za to nie będę musiał dźwigać zbyt dużo ciężkich ciuchów. Za to na niewiele zda mi się tutaj hamak, bo pewnie nie znajdę po drodze żadnych drzew, trzeba będzie więc wziąć matę samo-pompującą. Ok., tylko jak się potem wydostanę z Dubaju? Jak przepłynę na drugą stronę morza, to trafię do Iranu i Pakistanu – średnio fajnie. Lepiej byłoby przeprawić się łodzią prosto do Bombaju. Stamtąd mam otwartą drogę do Kalkuty, albo na około przez Malediwy i Sri Lankę. Z Kalkuty jest dość blisko do Nepalu, tylko czy tam można się dostać, gdy Chiny tam próbują zaprowadzić własny porządek? W sumie dobrze byłoby iść przez Nepal, bo mógłbym ominąć Bangladesz – tam też jest, zdaje się, jakaś napięta sytuacja, w dodatku wizę można zdobyć tylko w Berlinie. Kolejny kraj to Birma, liczę na to, że brzegiem morza da się tamtędy przejść w miarę łatwo, żeby trafić do Bangkoku. Stamtąd mam drogę otwartą w kilka stron. Kurcze tylko znowu Shaolin ominę :-(. Trudno. W wielu punktach będę stykał się z jeziorami i morzami, przydałoby się to wykorzystać, tylko gdzie ja wcisnę w plecaku wędkę? Będzie mi przeszkadzać. Lepszą opcją będzie sieć. Tylko skąd mam wziąć małą sieć rybacką? I jak się tego w ogóle używa? Trzeba sprawdzić, jakie ryby nadają się do jedzenia. Czy jest jakiś prosty sposób na odsalanie wody morskiej? Jeśli nie, to jak ją będę nieść? Przydałby się cammelbak w plecaku – pamiętać sprawdzić na aukcjach. Dopisać jeszcze do sprawdzania ceny telefonów satelitarnych, czy są wodoodporne, czy da się nimi uzyskać połączenie internetowe, czy płaci się abonament czy za przesył danych. Trzeba jeszcze w jakiś sposób zasilać notebooka. W tym klimacie, gdzie słońca raczej mi nie zabraknie, świetnie może się sprawdzić bateria słoneczna. Jaką trzeba wybrać żeby zasilało notebooka? Pewnie ze 30 W. Może lepiej połączyć 2 po 15 W? W ogóle da się tak zrobić? Sprawdzić to. Hmm… trzeba pomyśleć o zabraniu witamin, tylko jak? Przecież nie wezmę zapasu na cały rok. Aaaa, trzeba sprawdzić ceny w każdym kraju po drodze, sprawdzić używaną walutę, sprawdzić możliwość używania kart kredytowych i czeków podróżnych. Jaki bank w Polsce realizuje czeki? Trzeba sprawdzić. Przy okazji notebooka – pamiętać o przemyśleniu sposobu wykonywania kopii zapasowej. Jak ktoś go po drodze ukradnie, to przynajmniej zdjęcia zostaną na pendrive. Trzeba zobaczyć na portalach turystycznych, co warto zobaczyć w tych krajach. Trzeba zapoznać się z obyczajami w każdym kraju, głupi błąd może kosztować mnie sporo kłopotów. Muszę pamiętać o zanotowaniu adresów wszystkich placówek dyplomatycznych. A przy okazji trzeba sprawdzić, które wizy mogę wyrobić już teraz, a które są ważne np. tylko przez parę miesięcy i czy ewentualnie można ja uzyskać na granicy. Pogoda – to też trzeba sprawdzić. Tylko gdzie? Może agencje turystyczne – tam często podają średnie temperatur. Dopisać to do notatek. Trzeba pamiętać o rzuceniu okiem na przepisy lokalne każdego kraju, co wolno, a czego nie – może to będzie na stronach MSZ. Cholercia, przydałby się GPS, przecież nie będę targał ze sobą atlasów…"
Noo, to tak w skrócie przedstawiłem cykl przygotowań, który odbywa się w mojej głowie każdego dnia. Milion pytań – połowa bez odpowiedzi, kolejna połowa do sprawdzenia…
czwartek, 13 sierpnia 2009
Żeglarstwo vs. survival
Oczywiście mam na myśli survival cywilny – hobbystyczny. Teraz mam porównanie i wyobrażenie tego, jak może wyglądać podróż lądem a jak morzem. Choć każde z tych opcji ma swoje plusy i minusy, to zdecydowanie korzystniej wypada podróż lądem. Myślę, że podróż morzem jest nieco bardziej ekscytująca, ale i wymagająca. No i niebezpieczna. Tam, na środku morza, byłbym całkiem sam. Nie ma do kogo się odezwać, nie ma kto pomóc. Trzeba poradzić sobie samemu. Ze wszystkim. No i ta samotność. Z jednej strony to ból, że nie ma z kim pogadać przez kilka tygodni, ale z drugiej, to możliwość zostać ze sobą sam na sam, sam ze swoimi myślami, umysł niezmącony przez żadne informacje "z zewnątrz". Jest powiedzenie, że ludzie inteligentni nie nudzą się sami ze sobą. Może właśnie dlatego, że czas samotności poświęcają na rozmyślanie, na poznawanie siebie. Ciekawe jak to jest być samemu przez tyle czasu. I ciekawe czy np. więźniowie w karcerach też odbierają to w ten sam sposób :-). W końcu inaczej jest, jak się jest samemu z przymusu, a inaczej z wyboru. Na morzu ma się również styczność z dwoma potężnymi żywiołami. Nie ma gdzie się schronić. Nikt nie przyjdzie na ratunek. Są co prawda systemy pomocy międzynarodowej, ale nie ma co się oszukiwać. Zanim ktokolwiek by doleciał do mnie na środek Pacyfiku, to minęłyby pewnie ze 2-3 dni co najmniej. Na morzu nie mogę też powiedzieć: "mam dość, wracam do domu". Nie da się przerwać wyprawy w każdej chwili. To jest właśnie wielka zaleta podróży lądem. Kiedy tylko będzie potrzeba, mogę powiedzieć "wracam", albo "dzisiaj nie robię zupełnie nic". Na łodzi praca jest ciągle. Trzeba praktycznie uważać przez całą dobę. A na lądzie? Kiedy mam ochotę mogę iść spać, mogę iść pozwiedzać, mogę się poopalać. Gdy przyjdą jakieś ciężkie chwile, mogę po prostu zrobić sobie przerwę na zebranie sił. W większych skupiskach ludzi można uzyskać pomoc w miarę szybko. Jest z kim porozmawiać. Jest kogo poprosić o pomoc. Choć paradoksalnie inni ludzie mogą być również źródłem problemów, ale tego się nie przewidzi. Trzeba po prostu
uważać. Różnorodność jedzenia też jest większa. To w sumie ważne, bo przy założeniu, że na łodzi nie miałbym żadnego prowiantu (powiedzmy, że straciłem podczas sztormu), jedyne co bym miał do pożywienia to ryby. Lubię ryby, ale jak miałbym je jeść codziennie przez parę tygodni, to chyba przestałbym je lubić :-). A na lądzie mogę sobie upolować jakiegoś króliczka czy kurkę :-), znaleźć jakieś ziemniaczki u kogoś w ogródku :-), czy po prostu kupić w sklepie czekoladę, można cokolwiek wymyślić, a na morzu nic. Mając łódź, byłbym też trochę do niej przywiązany. Praktycznie oprócz miejscowości nadmorskich, nie mógłbym się zapuścić nigdzie w głąb żadnego kraju. Zostawilibyście łódź np. za 200 tyś. zł w jakiejś Tajlandii czy w Chinach? Nawet ubezpieczoną, to ryzyko jest zbyt duże. A przecież chciałoby się zobaczyć klasztor Shaolin. Albo Machu Picchu w Peru – również jest w głębi kraju. Kto popilnuje łodzi? Wiem, że można w marinie łódź zostawić, bo w końcu płaci się tam za miejsce, więc jest to trochę jak parking strzeżony dla aut, ale czy w każdym kraju można mieć zaufanie do ludzi tam? Nie sądzę. Szczególnie mam na myśli Azję (może to tylko stereotyp?). Cholera wie, czego po nich się spodziewać. Wracam z Shaolin, a tu łodzi nie ma :-). No i zacząłby się survival :-)))). Jest jeszcze kwestia kasy przeznaczonej na podróż. W przypadku łodzi (załóżmy, że sobie kupię swoją) byłby duży wydatek na początku (ewentualnie raty), za to nie płaciłbym za nocleg (jedyny koszt to opłaty portowe i paliwo). Podróżując lądem, koszt początkowy byłby znacznie mniejszy, ale tak naprawdę przecież nie rozbiję w środku Szanghaju namiotu w jakimś parku. Musiałbym znaleźć hotel. Jedzenie również musiałbym kupić. Polować można poza miastem (nawiasem mówiąc ciekawe, jaka jest skuteczność polowania, przecież nie mam pewności, że cokolwiek złapię). Pytanie też czy w takich Chinach, gdzie miliard chińczyków ma tylko garść ryżu na dzień, to gdzie ja tam znajdę jakiegoś królika? Pewnie wszystkie dawno zjedzone ;-p. Z resztą nawet nie wiem czy tam polowanie jest dozwolone. Nie chciałbym, żeby potem zaczęli polować na mnie :-)))). Znając życie to pewnie skończy się na tym, że część drogi przebędę lądem, a od wybrzeży Chin postaram się zdobyć pracę na jakiejś łodzi i w stronę Indonezji ruszę w taki sposób. To w sumie zminimalizuje koszty i da mi największą niezależność. Dlatego jedno jest pewne, że muszę dokończyć kurs na sternika jachtowego, żeby mieć odpowiednie kwalifikacje do zaoferowania. A kurs mam nadzieję, że już we wrześniu :-) Nie mogę się doczekać… :-).
Subskrybuj:
Posty (Atom)